Blame! – Who’s to blame for that?

Manga Blame! autorstwa Tsutomu Nihei jest klasykiem wśród japońskich komiksów o tematyce cyberpunk-postapo. Prawie 20 lat od premiery pierwszego tomu powstała adaptacja w formie pełnometrażowego filmu anime w reżyserii Hiroyuki Seshita (twórca anime Sidonia no Kishi i Ajin). Jest to także pierwszy film anime wyprodukowany przez stację Netflix.

Akcja ma miejsce w alternatywnej, postapokaliptycznej rzeczywistości. Cały świat pokryty jest Miastem – niekończącą się architekturą ciągnącą się wzdłuż i wszerz. Roboty (określane jako Safeguardzi) zbuntowały się, zdziesiątkowały ludzkość i opanowały świat. Ludzie są zmuszeni ukrywać się w niewielkich koloniach – ich liczebność ciągle spada, umierają z głodu, a opuszczenie osady grozi atakiem ze strony maszyn. Do jednej z kryjówek przybywa Killy – tajemniczy mężczyzna poszukujący ludzi obdarzonych niejakim genem sieciowym.

Piękna katastrofa

Film Blame! jest luźną adaptacją mangi, inspiruje się wyłącznie niewielkim fragmentem historii, zapożycza parę wątków i tworzy z tego własną, samodzielną historię. To zrozumiałe posunięcie biorąc pod uwagę długość materiału źródłowego i ograniczony czas filmu. Komiks charakteryzował się świetnie narysowaną, niespotykaną wizją świata i projektem postaci. Piętrzące się w nieskończoność, zniszczone budowle, walące się wszędzie technologie pokryte kurzem i rdzą, oraz grasujące po nich mordercze cyborgi. Manga opowiadała o Killym i jego samotnej wędrówce. Kim on jest, czym są istoty z którymi walczy, oraz co to za rzeczywistość? Wiele rzeczy było niedomówionych, dowiadywaliśmy się powoli, w trakcie lektury, narracja była surowa, opowiadała nie dialogami, ale obrazami.

Foto: IMDb

Anime wiernie oddaje design mangi. Miasto jest równie olbrzymie i odpychające co w pierwowzorze, odwzorowano technologię, oraz wizerunek postaci. Niestety, w kompletnie odwrotnym kierunku poszła narracja i ton Blame! Zamiast powolnej, nastrojowej i enigmatycznej historii drogi, otrzymaliśmy typowe, wręcz hollywoodzkie kino akcji.

Japończycy amerykanizują mangę

Bohater został nawet odsunięty na dalszy plan, często znika z ekranu, a historię poznajemy z perspektywy mieszkańców osady (a konkretniej nastoletniej Zuru). Tym razem Killy większość czasu przebywa w sporym towarzystwie, przez co przepadło poczucie osamotnienia. Dialogów jest zdecydowanie więcej i niestety w większości opierają się na ekspozycji. Przez te rozwiązania Blame! stracił swój mroczny klimat i tajemniczą atmosferę. Trudno też mówić o jakieś interesującej charakterologii postaci, czy relacjach między nimi. Historia została uproszona i sprowadzona do klasycznego schematu samotnego wędrowca ratującego życie poczciwych mieszkańców ubogiego miasteczka.

Animacja – mixed feelings

Najbardziej kontrowersyjną kwestią jest sama warstwa wizualna. Design robi wrażenie, ale to bardziej zasługa materiału źródłowego. Sama animacja jest dziwną, wręcz bezsensowną mieszanką techniki klasycznej z komputerową. Tła w większości ręcznie i starannie malowane, efekty wizualne (wybuchy, iskry, hologramy) ładnie wygenerowane komputerowo, ale gdzieś pomiędzy nimi są znajdują się postacie.

Z jednej strony bohaterowie są całkowicie wygenerowani komputerowo, a z drugiej strony nałożono na nich filtry i tekstury imitujące ręcznie rysowaną animację. Wygląda to najzwyczajniej sztucznie i leniwie, jakby twórcy planowali stworzyć klasyczną animację, ale zabrakło czasu, pieniędzy (albo nawet ochoty), więc poszli na kompromisy. Jeszcze gorzej jest z płynnością. Ilość klatek przy wszelkich ruchach postaci jest niska, nikt nie porusza się naturalnie. Efekt przypomina kiepsko zoptymalizowaną grę komputerową. Żeby było bardziej kuriozalnie, wszelkie efekty wizualne zachowują się całkowicie płynnie, co jeszcze bardziej zbija z tropu. Niska ilość klatek dodatkowo psuje sceny akcji, na których film mocno się opiera. Nie jest to żenująca animacja na miarę serii Berserk z 2016 roku, ale poniżej poziomu pełnometrażowych filmów anime.

Foto: IMDb

Podsumowanie

Blame! nie umywa się do pierwowzoru -nie dostarcza ani klimatu mangi, ani ciekawej historii i postaci. Sam sceny akcji są najwyżej poprawne – efekty wizualne potrafią robić wrażenie, ale sporo psuje niska ilość klatek. Wszystko co najlepsze, czyli design i realia pochodzi z materiału źródłowego. Da się film obejrzeć,  nie nudzi, ale też nie wzbudza emocji. Typowy średniak.

Ocena: 5/10

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *