Blade Runner 2049 – Android Lives Matter

(Recenzja nie zawiera spoilerów)

Jak chyba każdy fan, obawiałem się o jakość drugiego Blade Runnera. Były to obawy naturalne, bo zrobienie satysfakcjonującej kontynuacji dzieła wybitnego i niewymagającego dopełnienia to zawsze sztuka, tym bardziej, gdy dokonuje się tego po 35 latach od premiery. Mimo to powstały genialne sequele i soft rebooty, o które nikt nie prosił. Ojciec Chrzestny IIAliensTerminator 2, ostatnio Mad Max: Na drodze gniewu. Dziś najnowsze dziecko Denisa Villeneuve może śmiało wstąpić w ten poczet.

To absolutny triumf jako kontynuacja, jako porządny kawałek fantastyki naukowej i przede wszystkim jako obraz filmowy. Nie jest wtórny wobec oryginału ani poetyką, ani potraktowaniem problemów. Kino autorskie pełną gębą, wizja jednocześnie na wskroś świeża i wierna duchem prozie Dicka i filmowi Ridleya Scotta.

Foto: IMDb

One for my baby

Oficer K (Ryan Gosling) jest Blade Runnerem, mającym na celu eliminowanie wciąż poruszających się po Kalifornii starych modeli androidów. Dziś dawne Nexusy Tyrella są wyjęte spod prawa i zostały zastąpione przez bezwzględnie posłuszne wytwory korporacji Niandra Wallace (Jared Leto). Podczas jednej ze swoich misji, K obnaża skrywaną przez lata tajemnicę, która mogłaby obalić obecny porządek społeczny. Okazuje się także w jakiś sposób związana z przeszłością policjanta.

Scenariusz nie jest szczególnie skomplikowany, nie zawiera też żadnego fabularnego rozwiązania, z którym nie zetknęliście się wcześniej w żadnym innym filmie. Stawia na znaczone karty, ale układa je w sposób naprawdę unikalny. Jeśli znacie wcześniejsze filmy Denisa Villeneuve, rozumiecie jego metodę. Opowiada historie od dawna zakorzenione w kulturze, ale wykłada je ze specyficznym namaszczeniem, przekonaniem i maksymalną powagą. Dzięki temu czujemy, że doświadczamy czegoś zupełnie nowego.

Foto: IMDb

Pogorzelisko jest w końcu antyczną tragedią, Sicario – policyjnym moralitetem, a Nowy początek opowieścią o kontakcie. Łatwo te historie spłycić, ale Kanadyjczyk na przekór wymaganiom współczesnego widza kinowego, niczym pisarz literatury klasycznej, wierzy w siłę swojej opowieści i pozwala jej oddychać. Nakazuje odbiorcy dostosować się do powolnego obserwowania kolejnych wydarzeń, zatrzymania się na szczegółach i trawienia każdej emocji razem z  bohaterami. W filmie Blade Runner 2049 idzie o krok dalej, bo poza dopieszczeniem centralnej narracji, tworzy świat żyjący wieloma równie znaczącymi, małymi historiami.

K to bardzo złożona postać, jeszcze bardziej samotna i podłamana niż Rick Deckard Harrisona Forda. W jednej z pierwszych scen retorycznie pyta cyfrowy hologram, czy ten chce się napić kawy. Jego relacja ze Sztuczną Inteligencją Joi okazuje się jedyną głębszą w jego życiu. Zdaje sobie sprawę, że daleko jej do prawdziwości, ale woli się oszukiwać, utrzymywać grę pozorów, piękne kłamstwo. Bo tak naprawdę udawanie, że cokolwiek jest w normie, że są w tym post-apokaliptycznym świecie rzeczy stałe, których można się kurczowo trzymać (wspomnienia, uczucia, własna tożsamość), staje się jedynym sposobem przetrwania. Tak samo dla ludzi, jak replikantów. Choć łowca jest głównym bohaterem i ma nieoceniony wpływ na szerszą historię, nie widzimy go jako centrum wszechświata, a jako część większej całości, wyraz penetrującego to społeczeństwo cierpienia. Akcent pada na świat przedstawiony, nie fabułę.

Foto: IMDb

Rozszerzone uniwersum

A świat, który zbudowali tu twórcy jest bez dwóch zdań niesamowity. Wykreowane miejsca wykraczają poza znajomą deszczową metropolię i pokazują nam rzeczywistość Blade Runnera z zupełnie nowych stron. Większość lokacji do jakich trafimy to miejsca opustoszałe, a jednak w dziwny sposób tętniące życiem, dalece bardziej niż w większości światów fantastycznych, jakie poznajemy w kinie. Żadna nie jest po prostu przestrzenią, w której ma się odegrać akcja, każda ma swoją własną opowieść, którą nam uświadamia poprzez małe niuanse. Przebrzmiałe echa utraconej epoki, krajobrazy obumarłej przyrody zwyciężonej przez nuklearny holokaust czy nędza i odczłowieczenie mieszkańców slumsów San Diego, kontrastujące z wielkimi nadziejami sięgnięcia gwiazd, nieważne jakim kosztem.

To złożony, logicznie spójny i pobudzający wyobraźnię świat. Przede wszystkim jest on jednak absolutnie piękny. Zapiera dech w piersi od pierwszego ujęcia i nie przestaje zaskakiwać kolejnymi, audiowizualnymi bombami do samego końca. Drobiazgowo dopieszczona scenografia, metodyczna kompozycja kadrów i oszczędna praca kamery Rogera Deakinsa oraz nienaganna strona dźwiękowa – to wszystko tworzy obraz prawdziwie oszałamiający. Myślę, że nie byłoby nadużyciem już teraz nazwanie go jednym z największych osiągnięć estetycznych w historii kina.

Foto: IMDb

Villeneuve wie jak aranżować kolejne sceny, by każda zostawała w pamięci. Wie, że dialog nie może być po prostu dialogiem, a bijatyka bijatyką. Rozumie doskonale, jak wielką siłę ma detal, ile może wprowadzić iskry do filmowego momentu. Jednym z jego ulubionych motywów tutaj jest przełamanie iluzji technologicznej harmonii poprzez drobne usterki,  wzmagające efekt doliny niesamowitości. Zatrzymana przez połączenie przychodzące animacja fotorealistycznego hologramu, scena seksu z udziałem tegoż, czy w końcu cała sekwencja walki w kasynie, w której duchy przeszłości chcą zabrać głos, ale coś im nie pozwala. To ostatnie jest absolutnym majstersztykiem. Autotematyczny ukłon w stronę losu kontynuacji po latach? Przywołanie tematu efemeryczności ludzkich dokonań? Sposób budowania atmosfery niepokoju? Po prostu przykuwające oko urozmaicenie wizualne? A może wszystko naraz? Tak wygląda dobry pomysł inscenizacyjny.

Jedynym w czym nowy Blade Runner ustępuje oryginałowi na poziomie technicznym jest muzyka. Przytłaczająco ciężka ścieżka odpowiada charakterowi filmu, ale nie zapada w pamięć w żadnym stopniu. Coraz gęściej pojawiające się w miarę rozwoju akcji, blaszane dudnienie (prawdopodobnie wkład Hansa Zimmera) nie wyróżnia się niczym od obecnej szkoły tworzenia muzyki w superprodukcjach.

Foto: IMDb

Nigdy nie widziałeś cudu

Czy przy tej artystycznej obfitości i narracyjnej finezji, Blade Runner 2049 jest filmem idealnym? Ciężko nie bić przed nim pokłonów, gdy tak przerasta wszelkie oczekiwania, jakie fani oryginału mogliby mieć i samodzielnie redefiniuje to, jak współczesny blockbuster może wyglądać. Niestety, przy tej całej odwadze w podejmowaniu ryzyka na wielu płaszczyznach, czasami cofa się w pół kroku i wydaje się zbytnio zatroskany o możliwości intelektualne widza.

I Villeneuve zaczyna dopowiadać, szafować pojęciami – „dusza”, „człowieczeństwo”, „ściana dzieląca gatunki”. Postacie dyskutują, monologują i tłumaczą problematykę, podczas kiedy powinna ona wynikać z samej historii. Im dalej w fabule, tym bardziej tematy idą na bok i zostają strywializowane na rzecz zwrotów akcji. Te są jednak rozwiązane naprawdę dobrze i w interesujący sposób układają na nowo opowieść Łowcy androidów, przy tym nie rozwiewają wszystkich wątpliwości i pozostawiają wiele miejsca na interpretację. Czasami jednak muszą wybrzmieć dosadniej i koniec końców wypadają trochę łopatologicznie. Villeneuve niezgrabnie nadużywa retrospekcji dla upewnienia widza, że rozumie wszystko i choć nie psuje to filmu, to ja czułem się chwilami potraktowany protekcjonalnie. To nie poziom voice-overów Forda z kinowej wersji oryginału, ale wciąż dość nieprzyjemny dodatek.

Foto: IMDb

Jednak te kilka drobnych potknięć nie powstrzymuje mnie przed nazwaniem nowego Blade Runnera filmem wybitnym. To wbijające w fotel na prawie trzy godziny, estetyczne doznanie, niezwykle zgrabnie rozbudowujące świat przedstawiony i historię  pierwowzoru. Nie sequel, o którym fani marzyli, a dzieło do tego stopnia przewrotnie ambitne, że nikt nawet nie ośmieliłby się o takim marzyć.

OCENA: 8,5/10

Moja retrospektywa pierwowzorów:

Czy androidy śnią o elektrycznych owcach? – Retrospektywa

Za kulisami „Łowcy androidów” – Retrospektywa

Łowca androidów – Retrospektywa

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *