BlacKkKlansman – The Blacker the Berry

W świecie po Barrym Jenkinsie, Jordanie Peele, Ryanie Cooglerze i Donaldzie Gloverze – triumfach młodego pokolenia afroamerykańskiej mniejszości po tej stronie popkultury, w której zawsze była niedoreprezentowana, wypada zadać pytanie: jak ważny jest dziś głos Spike’a Lee? Pierwsi do machnięcia ręką na dinozaura, zdającego się ulec wypaleniu po wybitnych osiągnięciach kina społecznego w latach 90. i jednym gatunkowym hicie ponad dekadę temu, zobowiązani są dziś odszczekać wszelkie wątpliwości. Spike Lee nakręcił prawdopodobnie najważniejszy film roku.

White Man’z World

Czarne bractwo to prawdziwa historia Rona Stallwortha, przyprawiona szczyptą fantazji, której nie sposób odróżnić od równie niewiarygodnych faktów. Policjant, grany tu przez Johna Davida Washingtona, był pierwszym w historii Afroamerykaninem z legitymacją członkowską Ku Klux Klanu. Człowiek niezwykle samoświadomy swojej „czarności”, przy tym zachowujący stoicki spokój w cieniu konserwatywnego Colorado Springs, staje się zmiennokształtny niczym allenowski Zelig – Wieczny Tułacz. A propo wyznawców judaizmu, jest jego partner i „publiczna twarz” w szeregach KKK, Flip (świetny jak zawsze Adam Driver). Jednak ma on tak wątłe poczucie tożsamości, że na pytanie o bycie Żydem odpowiada ironicznym: „Nie wiem – jestem?”.

Foto: IMDb

To właśnie tożsamość, powiązane z nią pojęcia autonomii i podmiotowości jednostki, są głównym przedmiotem zainteresowania Lee. Na pewno trudniej od owej się odciąć, posiadając pigmentację skóry niepożądaną przez zbyt wielu krzykaczy. Jeszcze trudniej samemu zaakceptować własną „czarność”, gdy definiuje ją bycie okładanym przez Tarzana, karykatura Jima Crowa i drażliwe wizerunki w klasykach, uchodzących za arcydzieła kina (Narodziny narodu, Przeminęło z wiatrem). To, albo antywzorce w równie przerysowanych herosach blaxploitation, o których Ron dyskutuje z aktywistką Patrice (Laura Harrier), w jednej z bardziej jawnie dydaktycznych scen filmu.

The Revolution Will Not Be Televised

Do tego braku godnej reprezentacji pije m.in. lider Czarnych Panter. Scena jego przemowy ma potężną siłę oddziaływania, wzbogacona wysoko kontrastowym oświetleniem na zasłuchanych, niemal luminescencyjnych czernią twarzach i pobrzmiewa wybitnym odtwórcą Malcolma X, a przecież także ojcem gwiazdy filmu. Tożsamość rewolucjonisty na pewno generuje dla tych jednostek większe poczucie przynależności, ale czy nie taką samą logiką różnicy „my – oni” kierują się ekstremiści z tej drugiej strony, zidiociałe „rednecki” –  kwiat „aryjskiego bractwa”?

Foto: Reverse Shot

Tego boi się główny bohater, rezygnując z drogi przemocy, na rzecz tożsamości praworządnego szeryfa, lawirującego wśród niesprawiedliwości systemu. Pragnie rozsadzić establishment od środka, co czyni związek z kobietą o tak radykalnych poglądach jak Patrice, skazanym na porażkę. Szkoda, że ten akurat wątek nie jest przez reżysera należycie wyeksplorowany, bo nadaje filmowi nieoczekiwanych odcieni szarości, brakujących w łatwej grotesce zakompleksionych samców beta i wścibskich, grubych bab po stronie Klanu. Jeśli już jesteśmy przy postaciach negatywnych, to choć nie zachwyca Topher Grace (paradoksalnie grający jedyną wziętą bezpośrednio z życia), to już fiński aktor Jasper Pääkkönen imponująco wybija się ponad karykaturę.

Machine Gun Funk

Wszystko służy temu, by podać te trudne tematy w atrakcyjnej formie. Reżyser robi to naprawdę umiejętnie, łącząc sztafaż kina policyjnego spod znaku buddy cop, z wirtuozerskim dreszczowcem i miarką czarnego humoru. BlackKklansman potrafi w jednej scenie rozbawić do łez, zdystansować od powagi tematu, by w kolejnej zmusić widza do obgryzania paznokci, w trosce o życie bohaterów. Nawet gdy w tę neurotyczną mieszankę wprowadzony zostaje patos, to najczęściej bez ciężkiej ręki, wynikający z szacunku dla problemu, czasami tylko trafiając w tony lekcji historii.

Foto: IMDb

Czy jednak przy tej lekkostrawnej gatunkowej zabawie, naznaczonej komunikatem społecznym, Spike nie zatracił swojego autorskiego pazura? To już nie film tak brawurowy i konfrontacyjny jak Rób, co należy, bliższy prawidłom „kina zerowego”, popisowy głównie w kilku kluczowych sekwencjach montażowych. Fani oczekujący obligatoryjnego ujęcia double dolly dostaną je, ale jakby od niechcenia, bez żadnej treści emocjonalnej, niemal jako żart mówiący „już z tego wyrosłem, tylko że nie…”. Lee stosuje jednak jeszcze jeden ważny zabieg, by udowodnić, że bez dwóch zdań jest dla niego jeszcze miejsce w kinie.

New Slaves

Nierozerwalnie wiąże historię lat 70. z tym, co dzieje się „za oknem”. Nie tylko w kontrowersyjnym finale, gdzie bezpośrednio zestawiając różne oblicza opresji, robi to już mniej gustownie, łopatologicznie. Nie musieliśmy usłyszeć Trumpa na koniec, jeśli słyszeliśmy go w wypowiedziach bohaterów przez cały film. W końcu choć członkowie Klanu nie znają jeszcze pojęcia „poprawności politycznej”, to równie chętnie mówią o „wciskaniu na siłę czarnych”, a David Duke mamrocze coś o „rasizmie wobec białych”.

Foto: IMDb

Może ci populiści, stosujący dziś podobną nowomowę mikroagresji, zauważą w tych wypowiedziach coś, czego sami nie chcieliby przyznać przed sobą. Może następnym razem, gdy zaczną wynurzenia o „przesadnym trąbieniu o rasizmie” zastanowią się, co daje im prawo sądzenia o tym, jaki stopień dyskutowania o czymś, czego nigdy nie doświadczyli, jest przesadny. Jeśli nie będzie w stanie tego zrobić tak wymowny obraz, to czy coś w ogóle może pomóc?

Ocena: 8-/10

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *