Trzy billboardy za Ebbing, Missouri – To nie jest kraj dla starych ludzi

dnia

Można odnieść wrażenie, iż w dobie postmodernizmu amerykańskie kino zapomniało o klasycznych literackich scenariuszach. Dzisiaj filmy skupiają się przede wszystkim na środkach wizualnych. Mało jest dzisiaj twórców, którzy stawiają na dialogi i portrety postaci. Dlatego właśnie Trzy billboardy za Ebbing, Missouri jest tak dobrym filmem. Jest to powiew kina USA z lat 60/70,  czyli wtedy kiedy było ono najsilniejsze.

Małe miasteczko na amerykańskiej prowincji. Od morderstwa córki Mildred Hayes (nagrodzona Oscarem Frances McDormand) upłynęło kilka miesięcy, a lokalna policja nadal nie wpadła na trop sprawcy. Zdeterminowana kobieta decyduje się na śmiałe posunięcie: wynajmuje trzy tablice reklamowe na drodze wiodącej do miasteczka i maluje na nich prowokacyjny przekaz, skierowany do szanowanego przez lokalną społeczność szefa policji, szeryfa Williama Willoughby’ego (nominowany do Oscara Woody Harrelson). Gdy do akcji wkracza zastępca szeryfa, posterunkowy Dixon (Sam Rockwell) – niezrównoważony, porywczy maminsynek, któremu zarzuca się zamiłowanie do przemocy – starcie między Mildred Hayes a lokalnymi siłami porządkowymi przeradza się w otwartą wojnę.

FOTO: IMDB

Trzy bilboardy jak wspomniałem wyżej, to klasyczna amerykańska nowela. Reżyser Martin McDonagh nie pozwala nam o tym zapomnieć. Autor takich filmów jak: 7 psychopatów czy Najpierw strzelaj potem zwiedzaj operuje mglistą literacką narracją. Film cały czas częstuje nas pierwszorzędnymi dialogami i silnymi charakterami, którzy są dla nas jak ludzie z krwi i kości.  Przy seansie Trzech bilboardów przypominają mi się złote lata Hollywood. Trudno o lepszy plus.

McDonagh jednak najbardziej się zapożyczył u braci Coen. W głównej roli gra fantastyczna Frances McDormard, czyli stała współpracownica stałych braci, na tym się jednak porównania nie kończą. Trzy billboardy podobnie jak najlepsze filmy autorów Fargo operuje mistrzowską groteską, która łączy inteligentne treści z amerykańską prowincjonalnością. W filmie McDonagha agresywny policjant jest fanem Abby, a nastolatki wyzywają swoich rodziców od najgorszych. Mamy tutaj do czynienia nie z dramatem,a czarną komedią.

Jednak ten kontrast nie jest dobrze oddany. Film wydaje się być delikatnie niepewny swojej tożsamości gatunkowej. U Coenów zawsze ma to ręce i nogi. Wiemy kiedy powinniśmy się śmiać, a kiedy płakać. Trzy billboardy w pewnym momencie przesadza w żonglowaniu nastrojów i zamiast emocji możemy dostrzec miotający się scenariusz. Kolejnym problemem w warstwie scenariusza, jest taki że tutaj wszystkie postacie, nawet oprychy mówią językiem książkowym. Nie jest to do końca wada, ponieważ ogląda się to dobrze. Ale w pewnych momentach można wyraźnie zauważyć jak scenariusz się rozjeżdża.

FOTO: IMDB

Wydaje się, że ten film ma feministyczną wymowę. Nie spoilerując fabuły, powiem że to jest wyważony feminizm.  McDonagh traktuje każde zagadnienie społeczne bardzo delikatnie. W trakcie filmu nasze podejście do postaci i historii zmieniają się kilkakrotnie. Wydaje się, że w takich czasach takie potraktowanie feminizmu jest jednym z lepszych sposobów na opowiadanie takich historii.

Lubiłbym Trzy billboardy bardziej gdyby tu było więcej typowego filmowego mięcha. Film jest wizualnie przeciętny.  Operator Ben Davis jest najbardziej znany z współpracy przy filmach Marvela, to niestety widać. Brakuje tutaj ujęć, które można byłoby zapamiętać. Psuje to trochę wizerunek filmu, który zasługuje na lepszą oprawę wizualną.

Należy się poświęcić osobny akapit aktorom, ponieważ są oni fantastyczni. McDormard i Rockwell pewnie zmierzają po Oscary. Ich antagonistyczna relacja rozpala podczas seansu. Drugi plan uzupełniają Harrelson i Hawkes, a także telewizyjni wyjadacze czyli: Peter Dinklage i Clarke Peters. Wszyscy grają koncertowo i jest to jedna z najsilniejszych obsad ostatnich lat.

Czy Trzy billboardy mają szanse na wygranie Oscara? Owszem i to duże. Akademia od początków swojego istnienia lubiła filmy, z gwiazdorską obsadą które były zakorzeniony w amerykańskiej tradycji opowiadania. Dawid ostatnio wspomniał,  że głosowałby na Tamte dni Tamte noce. Mój głos idzie na Billboardy, ale podobnie ja mój redakcyjny kolega czekam z niecierpliwością na nowy film Paula Thomasa Andersona.

Ocena: 7,5/10

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *