Baby Driver – Mistrz kierownicy ucieka

Edgar Wright już od kilku lat nosi łatkę nieformalnego następcy Quentina Tarantino. Nic dziwnego, skoro w wieku cytatu dialog Wrighta z popkulturą wznosi jego filmy na nowy niedostępny dla nikogo poziom. Brytyjczyk jednak długo grał w undergroundzie. Swoim najnowszym filmem, wychodzi jednak do mainstreamu. Czy ta sztuczka się udała?

Utalentowanego młodego kierowcę (Ansel Elgort), który zarabia na życie udziałem w napadach, przez życie prowadzi muzyka. To ona pomaga mu być najlepszym w tym, co robi. Kiedy poznaje dziewczynę swych marzeń (Lily James), postanawia porzucić przestępczą przeszłość i zacząć żyć normalnie. Zmuszony przez bossa mafijnego (Kevin Spacey), dla którego pracuje, do udziału w z góry skazanym na niepowodzenie skoku, ryzykuje utratą wszystkiego, co dla niego najważniejsze – miłości, wolności i muzyki.

Sztuczka się udała. Baby Driver co prawda jest zachowawczy, a Wright pracuje na niższych niż ma w zwyczaju obrotach, ale co z tego skoro najnowszy film Brytyjczyka jest odtrutką na współczesny marazm kina akcji. Z jednej strony blockbusterowy i bezpieczny, z drugiej strony napędzany pasją, energią i miłością do popkultury. Ten obraz powinien być drogowskazem dla wyrobników z Marvela.

FOTO: IMDb

Film Edgara Wrighta jednak rozkręca się wolno. Niczym kula śnieżna powoli  konstruuje zarówno sceny akcji jak i charakterystykę bohaterów. Podczas seansu widz jest targany wątpliwościami, czy mamy do czynienia z świetnym filmem, oryginalnym kuglarstwem czy też przestylizowaną szmirą. Dopiero w końcówce widz sobie uświadamia, która odpowiedź jest prawidłowa. Kiedy Baby Driver zjeżdża na pobocze to nie dlatego, że skończyło się paliwo, to po prostu przygotowania do przyciśnięcia pedału gazu do podłogi.

Wright jak zawsze w swoich obrazach bawi się popkulturą zwłaszcza wizualną. Tylko tym razem odwołania do Twin Peaks, Taksówkarza czy też Chłopców z ferajny nie służą jako cool otoczka. Po raz pierwszy w karierze reżyser ubiera swoją pasje do kina w coś więcej niż ładne fatałaszki. Baby Driver filtruje i oddycha kultowością. Tutaj każdy motyw służy fabule. Nie ważne czy to podobne ujęcie, dialog, czy znajomy utwór. Nic tutaj nie jest przypadkowe.

Nie zawodzi również soundtrack. Gwarantuje Wam że rozpiętość stylistyczna zawarta na I-Podzie protagonisty wprowadzi nie jednego fana muzyki w błogi nastrój. Nie będę spoilerować bo odkrywanie kolejnych utworów to naprawdę świetna zabawa. Powiem tylko, że soundtrack swoją dynamicznością nie przesłania filmu.

FOTO: IMDb

Docenić należy także obsadę. Kevin Spacey może i gra tą samą postać co w House of Cards, ale robi to rewelacyjnie jak przystało na aktora wielkiego kalibru. Ansel Elgort portretuje swoją rolę z niecodzienną dawką minimalizmu. Na drugim polu szarżuje Jamie Foxx. Ale dla mnie największe laury powinny spaść na Jona Hamma. Gwiazda Mad Mena, pokazuje że Hollywood zaiste wiele traci bez jego obecności.

Baby Driver gdyby był zrealizowany bardziej kameralnie, mógłby posłużyć jako wyraz głosu pokolenia. Mimo tego i tak w filmie wybrzmiewa ten kontekst. Baby niczym każdy nastolatek z słuchawkami na uszach , ucieka i szuka swojego miejsca.  Widz w fotelu kinowym ucieka wraz z nim, w krainę napakowaną testosteronem i oryginalnym pastiszem kina akcji. Cudowna jazda.

Ocena:8,5/10

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *