Atomic Blonde – Piekło pod Berlinem

Były w kinie takie tytuły, które niemal samodzielnie pogrzebały całe gatunki. Eastwood swoim Bez przebaczenia zabił klasyczny amerykański western. Nikt już dzisiaj nie kręci filmów o dobrych szeryfach i złych bandytach na Dzikim Zachodzie, chyba że ma jakiś naprawdę oryginalny pomysł, jak dostosować ową konwencję do współczesnych standardów. Czy to przez podejście naturalistyczne, czy otwartą grę z kliszami. To samo poniekąd zrobił Alfredson dla zimnowojennych, szpiegowskich thrillerów swoją ekranizacją le Carré’a. Najbardziej znany przedstawiciel tej estetyki – seria filmów o Bondzie, miał w tym samym czasie swoisty kryzys tożsamości. Wędrowała pomiędzy dekonstrukcją (Skyfall), a sztucznym powrotem do campowych korzeni (Spectre). Niezależnie jak udane, próby odświeżenia konwencji były. A co odkrywczego zrobił z nią David Leitch w swoim Atomic Blonde?

Były koordynator kaskaderki i współautor jednego z wyżej cenionych akcyjniaków ostatnich lat – Johna Wicka, wykazuje się naprawdę oryginalnym stosunkiem do gatunku. We wspomnianym filmie z Keanu Reevesem (a w większym stopniu w jego sequelu, tworzonym bez udziału Leitcha) zrezygnowano z prób dostosowania akcji do znanej nam rzeczywistości, służącym ograniczeniu potrzeby zawieszenia niewiary. Miast tego stworzono po prostu świat fantastyczny, w którym wszystkie te klisze mogłyby funkcjonować w logiczny wewnętrznie sposób. Tam każdy wydawał się być powiązany z podziemiem płatnych morderców, którym poprzez misternie skonstruowaną sieć kontaktów zapewniano komfort pracy, a ich sprzęt i umiejętności były ekwiwalentami supermocy. Świat ten miał pewne zasady i póki film się ich trzymał, widz nie musiał kwestionować niczego na ekranie.

Atomic Blonde próbuje zrobić coś podobnego, wykreować rzeczywistość generycznego do granic możliwości filmu szpiegowskiego. Berlin na kilka dni przed upadkiem Muru to miejsce, gdzie nie możesz przejść jednego skrzyżowania bez potknięcia się o podwójnego, bądź i potrójnego agenta. To też jakiś dziwny mikrokosmos całej kultury lat osiemdziesiątych, lecą tu nawet hity totalnie anachroniczne, których za nic nie puszczono by w szanującym się klubie circa 1989. Są rozpoznawalne, kojarzą się z „ejtisami” i tylko to się liczy.

Foto: IMDb

How does it feel

Kogo właściwie obchodzą szczególiki, kiedy to nie film historyczny? Kiedy cała stylistyczna otoczka ma być tylko mglistym tłem dla ociekającej seksapilem blondynki łamiącej kręgosłupy radzieckich szpiegów? Czysta zabawa w obrębie konwencji nie udająca niczego innego. Czy na pewno?

Twórcom z jakiegoś powodu jednak zależy, byśmy nie tylko zaakceptowali niedorzeczność świata przedstawionego, ale jeszcze potraktowali na poważnie opowiadaną historię. Tworzy to tonalny dysonans, który sprawia, że nigdy nie będziemy do końca wiedzieć, jakie uczucia chce w nas film wywołać.

Fabule bliżej właśnie do powieści le Carré’a niż klasycznych Bondów. Zaczyna się stosunkowo prosto – maguffin w postaci listy wszystkich berlińskich szpiegów z obu stron, zamordowany z jej powodu członek brytyjskiego wywiadu oraz doświadczona super-agentka Lorraine (Charlize Theron), wysłana w celu załagodzenia burzliwej sytuacji i odzyskania bezcennego mikrofilmu. W samym podzielonym mieście towarzyszyć będą jej m.in. personifikacja anarchistycznego podziemia – David Percival (James McAvoy) i naiwna francuska agentka Delphine (Sofia Boutella). Intryga szybko się komplikuje i zmienia w serię wywrotowych odkryć, zdrad i fałszywych tropów, które sprawią, że będziemy stale wątpić, czy rozumiemy motywacje postaci i czy dorównujemy im wiedzą o zaistniałej sytuacji w jakimkolwiek stopniu.

Foto: IMDb

… to treat me like you do?

Oczekuje się więc od widza sporej uwagi i domyślności. Nie jest to szczególnie pożądane, gdy nie ma w tej opowieści niczego, co zachęciłoby do jej śledzenia. Nie ma elementu ludzkiego, konfliktów osobistych, psychologii. Nie rozumiemy co sprowadziło tych bohaterów do miejsca, w którym są.  To tylko trybiki w machinie  wypluwającej fabularne twisty, która wydaje się raczej pławić w samozachwycie nad tym, jaka jest inteligentna i przewrotna, niż faktycznie mówić nam cokolwiek o zimnowojennym impasie.

To traktowanie odbiorcy na poważnie i liczenie na jego inteligencję też ma swoje granice. Wykorzystywana tutaj futurospekcja z przesłuchaniem Lorraine przez przedstawicieli szefostwa MI6 i CIA (kolejno Toby Jones i John Goodman) nie jest żadnym narracyjnym urozmaiceniem, a prymitywnym sposobem suchego dopowiadania ekspozycji. Zamiast pochłonięcia nas intrygą, film ciągnie nas po meandrach piętrowych tożsamości i sojuszy bezbarwnych postaci, a jedynym wynagrodzeniem za to wszystko okazuje się mordobicie.

Foto: IMDb

When you’ve laid your hands upon me

Jeśli to właśnie popisowe rzucanie wąsatymi milicjantami o ściany, duszenie, dźganie obcasem i ogólne poniewieranie z rąk dominującej kobiety jest tym, czego oczekiwaliście od filmu, to jest tego dużo i zawsze oszałamiająco. Doświadczenie Leitcha w kaskaderce staje się widoczne w pełnej krasie, we wszystkich perfekcyjnych choreograficznie numerach. Bezlitośnie brutalne bijatyki nakręcone w czysty, finezyjny sposób, dają dużo bardziej porażający efekt niż charakterystyczny dla post-Greengrassowskiego kina akcji, epileptyczny shakycam.

Tak jak w niesamowitych zwiastunach, scenom akcji towarzyszą klubowe szlagiery. Niektóre użyte całkiem kreatywnie (Putting out fire Bowiego, Father Figure George’a Michaela czy Major Tom Schillinga), inne boleśnie wtórne i banalne (I ranLondon Calling99 Luftballons…). Próżno tu szukać tak efektownych połączeń jak w genialnie zmontowanym mashupie z trailera drugiego chociażby. Najczęściej piosenki pojawiają się tylko dlatego, że kojarzą się z latami osiemdziesiątymi, a nie wnoszą nic do sceny.

Najbardziej imponująca walka w całym filmie obywa się zupełnie bez komentarza muzycznego. To akcja na schodach – obrana ze skóry, naturalistyczna sieczka. Oprócz tego, że działa sama w sobie świetnie, jest także częścią jedynej naprawdę efektywnej dramaturgicznie sekwencji w filmie. Kulminacja z protestami na Alexanderplatz i próbą przetransportowania kontaktu na drugą stronę Muru jest jednym z niewielu momentów w filmie, w których stawki są jasne i jesteśmy faktycznie zaangażowani w akcję. Długa i brutalna walka nie jest efektownym kopaniem tyłków przez nieśmiertelną bohaterkę, a prawdziwą walką o życie.

I tak, jest też udawanym mastershotem. Fakt ten staje się raczej ciężarem, bo jeśli jesteśmy technicznymi sceptykami, będziemy stale tylko liczyć prawdopodobne ukryte cięcia. Niepotrzebny, pozerski dodatek dla sceny, która jest fantastyczna bez niego.

Foto: IMDb

…and told me who you are.

Więc jaka jest w końcu ta atomowa blondyna? Wirtuozerska od strony technicznej, z jednej strony dostarczająca dokładnie to, co obiecywały zapowiedzi, z drugiej męcząca pretekstową fabułą i stylizacją bez polotu. Nie miałem większych oczekiwań, także nie rozczarowałem się. Choć nie jestem szczególnym fanem obu części Johna Wicka, doceniam konsekwentność z jaką traktowały swoje B-klasowe rodowody i charakter świata przedstawionego.

Nowy film Leitcha ma z tym ewidentny problem, nie do końca wie czym chce być. I choć doceniam próbę dojrzalszego podejścia do tematu, nie byłem w stanie oprzeć się wrażeniu, że jestem na pokładzie tylko dla dźwięków synthpopu i łamania kości.

Ocena: 5/10

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *