„Apostoł” – recenzja nowego filmu Netflixa

Nie lubię horrorów. Nie dlatego, że się ich boję, po prostu nie przemawia do mnie chęć straszenia samego siebie. Czym innym są dla mnie książki tego gatunku, których może nie darzę wielką miłością, ale bardzo doceniam. Z filmami jednak mam dość jednoznaczny związek – żaden.

Perełki

A jednak od czasu do czasu daję się namówić bliskim na horror, najczęściej w kinie. I najczęściej tego potem żałuję. Tak jak ostatnio, gdy przekonano mnie, że na Zakonnicy  będę się świetnie bawić. No nie bawiłam się wcale, chyba że liczenie dziur logicznych w fabule się można nazwać rozrywką. Dlatego ta recenzja jest z perspektywy osoby, która nie dość że się na horrorach nie zna to jeszcze ich nie lubi – zostaliście ostrzeżeni.

Netflix ma swoje perełki w każdym gatunku, i cytując klasyka – don’t fight me on this. Jest na tym serwisie masa wątpliwej jakości produkcji, ale zawsze można tam znaleźć coś nowego i świeżego. I oczywiście po raz kolejny dałam się nabrać na oczy Dana Stevensa, który gra główną rolę w filmie Apostoł. Nie dajcie się zwieść, trailer wygląda na dużo bardziej krwawy niż sama produkcja jest w rzeczywistości. Co nie znaczy, że nie ma w niej wiader krwi i flaków. Bo jest, tylko nie w takim natłoku jak próbuje to przedstawić Netflix.

Apostoł

Film opowiada historię Thomasa (Dan Stevens), który próbując odzyskać porwaną dla okupu siostrę, trafia na wyspę, którą zamieszkuje podejrzana sekta. Przewodzi im charyzmatyczny prorok Malcom (Michael Sheen), wraz z dwójką innych mężczyzn Frankiem (Paul Higgins) i Quinnem (Mark Lewis Jones). W trakcie pobytu i infiltracji społeczności na jaw wychodzą przeróżne sekrety, łącznie z korupcją, której ta bardzo wypierają się wyznawcy, a wszystko to dzieje się na początki XX wieku.

Pierwsza połowa tego filmu wydaje się być dużo dłuższa niż jego reszta. Prawdopodobnie wynika to z tego, że wszystko się tam trochę ślimaczy. Thomas musi jakoś na tę wyspę dotrzeć, jakoś się tam odnaleźć, ale mam wrażenie, że można było to pokazać w trochę bardziej dynamiczny sposób. Osobiście nie przeszkadzało mi to bardzo, ale domyślam się, że dla osób czekających na krew i flaki może być trochę frustrujące.

Kiedy jednak przebrniemy przez to wszystko – fabuła leci nagle na łeb na szyję. Z jednej strony dostajemy historię miłosną, z drugiej relację brat – siostra, dodatkowo wszystko to jest polane sosem z rozpadającej się przyjaźni, chęci władzy i czystego sekciarstwa. A pomiędzy tym biegają obrzydliwe stwory, leje się posoka i fruwają jelita.

Reżyser (Gareth Evans) wie jednak, że przeciętny widz nie da rady unieść takiej ilości okropieństw, więc bardzo zgrabnie przeplata je z momentami zupełnie łagodnymi, spokojnymi, tak by dać odpocząć i zaczerpnąć choć trochę świeżego powietrza.

Na dobre popołudnie

Jako laik z całą odpowiedzialnością mogę Wam polecić ten film. Netflix stworzył kolejną perełkę do swoich zbiorów. Więc jeśli macie wolne popołudnie, zróbcie sobie popcorn i obejrzyjcie Apostoła. Fantastyczny Dan Stevens i wspaniała Lucy Boynton dostarczają świetną rozrywkę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *