Ant-Man i Osa – Pij mleko będziesz wielki

dnia

Czy tego chcemy, czy nie filmy studia Marvel,  zaczynają przypominać wielosezonowy serial, gdzie każdy film to jeden odcinek z życia bohaterów. Po seansie Wojny bez granic, wszyscy się zachwyciliśmy, z jaką zręcznością i gracja zbudowane jest to uniwersum. Tutaj dochodzimy do najważniejszego pytania, na które postaram się odpowiedzieć w tej recenzji. Czy w czasie, gdy toczą się losy wszechświata, mogą nas interesować mało ważne w kontekście całego zamieszania perypetie człowieka mrówki?

Scott Lang (Paul Rudd), zarówno jako, ojciec jak i superbohater, próbuje stawić czoła konsekwencjom swoich czynów. Podczas prób zrównoważenia życia rodzinnego z obowiązkami Ant-mana, otrzymuje pilne zadanie od doktora Hanka Pyma (Michael Douglas) i Hope van Dyne (Evangeline Lilly). Musi połączyć siły z Osą, by odkryć sekrety z ich przeszłości

FOTO: IMDB

Nowa część przygód Ant – Mana to krok w tył dla uniwersum Marvela. Nie mam tutaj na myśli, tylko fabularnej otoczki, ale też chodzi mi o wykonanie i przede wszystkim humor. Nie bez powodu użyłem czerstwego żartu w tytule recenzji.  Oglądają ten film, usłyszycie tylko takie żarty.  Najlepszym dowcipem,  jest tutaj fakt, iż Scott nadaje mrówkom imiona znanych postaci, np: ANTonio Banderas. Czaicie? Prawdziwa beczka śmiechu. Porównanie z może i chamskim, ale naprawdę zabawnym tegorocznym Deadpoolem 2, naprawdę szkodzi filmowi Peytona Reeda.

Jeżeli chodzi o relacje pomiędzy postaciami, to również jest to krok w tył. Ant – Man i Osa gra w bezpiecznej lidze i cały character development, który jest rozciągnięty na około dwie godziny filmu, powinien trwać dziesięć minut. Wszystko to oczywiście nuda, ciekawe sceny dostajemy tylko po napisach.

Tak jak pisałem, rozumiem, iż Marvel chce jak najbardziej rozbudować swoje uniwersum, a że nowi bohaterowie cały czas przychodzą, to musimy przyzwyczaić się do „lżejszego” kalibru historii.  Skoro mamy śmieszki, to miejmy, chociaż dobre i ciekawe śmieszki.  A nie kolejną denną kopię heist movie z pościgami samochodowymi.

FOTO: IMDB

Cały film wygląda jak produkt sprzed dziesięciu lat i jest dosyć dziwnym przypadkiem. Ponieważ oglądając najnowszą część przygód Ant-Mana dostrzegam nutkę sabotażu ze strony włodarzy Marvela. To, co się udało zbudować przez lata, czego kwintesencję mogliśmy oglądać w Wojnie bez granic, tutaj zostaje zachwiane.  Mamy tutaj do czynienia z filmem, który mógłby zapełnić lukę pomiędzy  Iron Manem 2 a kolejnym Thorem.  Biorąc jednak pod uwagę, to czego jesteśmy obecnie świadkami w MCU, to Ant-Man i Osa prezentuje się jako piąte koło u wozu.

Marnują się tutaj również aktorzy. Naturalny czar Paula Rudda działa i tylko on i Evangelilne Lilly wypadają tutaj dobrze. Chwalony Michael Pena jest tutaj comic relifem wyciągniętym z zeszłego wieku. A świetni aktorzy jak Michael Douglas, czy też Laurence Fishburne dostają ochłapy do zagrania. Najbardziej szkoda mi jednak Waltona Gogginsa, który nie może odnaleźć się w blockbusterach i po raz kolejny udowadnia, że najlepsze kreacje tworzy w serialach telewizyjnych.

Ant-Man i Osa miał być rozprężeniem i chwilą oddechu dla Marvela. Dla mnie okazał się  traumatyczną podróżą w czasie.  Może po prostu czas na to, by MCU dogadało się z Ryanem Reynoldsem? Deadpool wprowadził wiele świeżości do tego uniwersum. Na pewno więcej niż ten film.

Ocena: 3,5/10

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *