ANIMA – recenzja filmu

Thom Yorke wielkim artystą jest. Z resztą, nietrudno powiedzieć to o całym zespole Radiohead, w szczególności wyróżniając też Johnyego Greenwooda; i nie bez przyczyny nie zawężam ich kompetencji do fachu muzyka, a ogłaszając artystami. Twórczość grupy z Abingdon zawsze wykraczała poza standardowe doświadczenie audiofilskie, niejednokrotnie budując umyślne pomosty do kinematografii (Exit Music (For a Film), 1997), z łatwością stając się jednym z najchętniej przytaczanych w filmowych ścieżkach dźwiękowych, zespołów.

Paul Thomas Anderson dotychczas kojarzony ze współpracą z młodszym z braci Greenwood, tym razem postanowił połączyć siły z Yorkiem, którego jako autonomicznego kompozytora filmowego mogliśmy usłyszeć jedynie w zeszłorocznych Suspiriach Luci Guadagnino, kiedy to do filmu wypuścił najbardziej niestandardową dla swojej solowej twórczości płytę. I tak, ponownie, rola Yorka u boku Andersona nie ogranicza się bynajmniej do pracy kompozytora. Anima od stóp do głów jest pełnoprawnym dzieckiem obojga, utrzymując tożsamość w charakterze tak teledysku funkcjonującego jako powstała do muzyki wizualizacja, jak Not the News, Traffic i Dawn Chorus pełnią rolę soundtracku w historii Andersona.

FOTO: IMDb

Opowiadając, bądź co bądź, bardzo prostą historię, panowie nie ułatwiają sobie zadania spodziewanymi środkami. W filmie nie ma dialogów, funkcję narracyjną pełnią spętane taneczną choreografią obrazy i słowa kompozycji wokalisty Radiohead, którym opowieściowej charakterystyki brak i po normalniejszych Supsiriach, Thom wrócił do korzeni współczesnej tożsamości swojego macierzystego zespołu z Kid A i onirycznych, skupiających się bardziej na emocjach i elektronicznym tle utworów.

Synteza dwóch pozornie nieczytelnych porządków daje efekt olśniewający. Bez trudu klaruje się w Animie historia miłości przeciwstawiającej się społecznym konwenansom, mechanice masy pochłaniającej jednostkę. Brzmi banalnie i niestety, przy pierwszym podejściu, jeszcze przed końcem Traffic, sprawia wrażenie niczego ponad domkniętego w oklepanej tematyce teledysku, z groteskowym slap-stickiem Thoma Yorke w głównej roli i jego, raczej nie aż tak szokującej dla typowego słuchacza Radiohead, muzyce w tle.

FOTO: IMDb

Przez metraż filmu na szczęście cierpliwości nie trzeba wiele, bo na 6 minut przed końcem panowie przypominają nam, że w swoim fachu nie mają sobie równych, a Radiohead nigdy nie było zespołem promującym single, a dopiero całe płyty skrywały w swojej spójności nieokiełznany geniusz. Kontrująca rytmiczne, perkusyjne Not the News i Traffic, kompozycja Dawn Chorus wprowadza historię w ton romantycznej melancholii, której wtóruje reżyser. Przenosi nas z metra i bezosobowej przestrzeni starć z niepokojąco roszczącym sobie prawo do wolności jednostki społeczeństwem, na ulice nocnej Pragi, a z ekranu skrapla się rosa nadchodzącego poranka. Mechaniczna choreografia ustaje, a na ekranie szaleje miłość. W trzecim akcie podążamy już tylko za Thomem i Dajaną Roncione (w rzeczywistości jego aktualną partnerką), której obecność wnosi więcej niż nietrudną do wprowadzenia chemię między bohaterami. Biograficznie dla wokalisty, związek z Włoszką jest początkiem nowego innego życia, po śmierci związanej z nim przed 23 lata Rachel Owen.

Po 14 minutach, Anima zostawia nas z poczuciem poznania więcej, niż mogło się w tym metrażu zmieścić. Jesteśmy po zatopionym w klimacie europejskich starówek romansie Linklatera (patrzę na ciebie, Przed Wschodem Słońca), po mieszance Keatona i Chaplina ze współczesnym teatrem performatywnym, a niby najmniej po filmie Paula Thomasa Andersona. Reżyser-rzemieślnik, grający zwykle bez skrzeczących autorskich nut, nie powielił w Animie znanych sobie motywów, a wespół z Yorke stał się prawdziwie barokowym artystą. Tworząc elementy filmu, żaden z nich nie pozostał w granicach swojej dziedziny, podjęli się mistrzowskiej syntezy sztuk, tworząc każdy z osobna dzieło, któremu nie brak autonomiczności, ale pełnię poznania Anima zapewni tylko na wielkim ekranie z wielkimi głośnikami. Film o swoim własnym kinowym zapleczu, teledysk eksplorujący możliwości muzycznego wideo do granic i muzyka, tak idealne tło, jak emocjonalna narracja.

Ocena: 9/10.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *