Czy androidy śnią o elektrycznych owcach? – Retrospektywa

Film Łowca androidów Ridleya Scotta przyniósł zasłużoną sławę nie tylko adaptowanej powieści, ale i całej twórczości jej autora. Mimo to legenda filmu zdecydowanie przerasta rozpoznawalność książki. W dobie głośnej kontynuacji, Blade Runner jest już marką tak autonomiczną, że dziś wielu widzów nawet nie wie o istnieniu oryginału. Czy dzieło Dicka wciąż może być warte uwagi i atrakcyjne dla współczesnego czytelnika?

Trudno rozmawiać o Androidach poza kontekstem wcześniejszej twórczości i stylu narracyjnego autora. Po szczegóły i ciekawostki biograficzne odsyłam do tekstu innego redaktora. Dość powiedzieć, że już i tak niszowy rynek fantastyki naukowej nie był dla pisarza przychylny. W samych latach 50. wydał kilkanaście powieści i dwa obszerne zbiory opowiadań, żadne jednak nie osiągnęło sukcesu. Finansowego i, dyskusyjnie – artystycznego. Dopiero rok 1963, wydanie prekursorskiej dla gatunku historii alternatywnej powieści Człowiek z Wysokiego Zamku, przedstawiającej świat, w którym w II Wojnie Światowej zwyciężyły Państwa Osi, było przełomem w jego karierze. Zdobycie Nagrody Hugo nadało mu trochę rozgłosu w podziemiu literatury sci-fi i dzięki temu miał więcej funduszy na twarde narkotyki, które z kolei gwarantowały mu wenę twórczą.

Okładka: goodreads

Czytając te wczesne książki Dicka nie można oprzeć się wrażeniu, że facet ma głowę pełną pomysłów, ale nie do końca potrafi sklecić z nich koherentną całość. Czasami można nawet odczuć, że autor sam gubi się w swoich poplątanych narracjach i koniec końców rezygnuje z rozwiązania, na rzecz nieco pustej enigmatyczności. Czy androidy śnią o elektrycznych owcach? to początek dojrzalszego okresu w rozwoju jego warsztatu, rok później wydał przecież swoje magnum opus – Ubika. Androidy są jak dotąd najbardziej skupionym dziełem science fiction tego autora. Nie ma już zanurzonego we wschodniej duchowości dziwacznego meta-autotematyzmu z Wysokiego Zamku, nie ma też piętrowych halucynacji rodem z Palmera Eldritcha.

To prosty kryminał wywodzący się z tradycji hardboiled. Jest policjant, sześciu zbiegłych androidów i misja, by je odnaleźć w celu „wysłania na emeryturę”. Do tego dorzućmy jakąś femme fatale i perspektywę outsidera. Przez utrzymanie samej historii w tak prostej, niemal szkieletowej formie, pisarz może skupić się na tym, w czym faktycznie jest dobry. W budowaniu świata i jego filozoficznej problematyzacji.

Post-apo, cyberpunk i inne trudne słowa

San Francisco Anno Domini 1992 to niezbyt przyjazne miejsce. Spustoszone, jak zresztą cała Ziemia, przez wojnę nuklearną. Jednym ze skutków niszczycielskiego promieniowania była śmierć większości populacji zwierzęcej, a w dłuższej perspektywie przyspieszenie kolonizacji kosmosu i masowy exodus ludzi z planety. Ci nieszczęśliwcy, którzy zostali, radzą sobie z przytłaczającą rzeczywistością za pomocą maszyn regulujących ich nastrój (coś jak podobnie działające pigułki z innych dzieł Dicka, które ten z kolei prawdopodobnie zapożyczył z Nowego wspaniałego świata Huxleya). Natomiast osobniki, którym napromieniowania w szczególności nie poskąpiono, nie mogą już nigdy opuścić Ziemi i są skazani na margines społeczny – podklasa „specjali”, ze względu na duże zmiany w mózgu jakich zaznali.

W końcu są i androidy – masowo produkowani przez korporację Rosena syntetyczni ludzie wykorzystywani do najniebezpieczniejszych, niewolniczych prac w kosmicznych koloniach. Tu test Turinga nie zda się na nic, „roboty” dla powszedniego obserwatora nie różnią się niczym od prawdziwych myślących istot. Mają też wspomnienia, potrafią odczuwać ból i strach, ale to przecież tylko zaprogramowane algorytmy, czyż nie?

W jaki sposób to społeczeństwo tłumaczy sobie okrutne traktowanie „specjali” i androidów, jak stawia siebie na poziomie moralnej wyższości i uzasadnia swoje działania? Otóż nie chodzi tu o żaden faszystowski darwinizm, a (o ironio!) – empatię. Empatię, którą manifestuje się poprzez kupowanie bardzo drogich zwierząt i opiekowanie się nimi dla poklasku ze strony sąsiadów. Czyli ten kto ma najwyższy status społeczny jest naturalnie najbardziej empatyczny i najbardziej oddalony od maszyny.

Innym sposobem oddzielenia ludzkiego od nieludzkiego w tym świecie jest religia. Uczestniczyć można w niej poprzez symulację komputerową, w której podłączony do swoistego umysłu zbiorowego użytkownik może na chwilę wcielić się w rolę chrystusowej figury Mercera i poczuć ultra-realistyczne doświadczenie bycia kamieniowanym w drodze na niezdobyte wzgórze. To najdziwniejszy pomysł w książce, ale też diabelnie interesujący. W świecie, gdzie ludzkość bawiła się w Boga przez tak długi czas, że na tradycyjną duchowość nie ma miejsca, tylko „fotorealistyczna” kopia spirytualnego doświadczenia, tak złudnie prawdziwa jak „ludzkie” są androidy, może wydawać się autentyczna.

Ludzie i nieludzie

Rick Deckard to pewna wariacja na temat archetypu antybohatera z powieści detektywistycznej. Choć jest żonaty, ma świadomość, że pozorne małżeńskie szczęście jest zdeterminowane przez systemy regulujące nastrój jego i żony. Podobnie sztuczny okazuje się jego status w sąsiedztwie, istniejący póki udaje mu się ukryć fakt, że owca przed jego mieszkaniem nie jest prawdziwa, gdyż nie może sobie na takową pozwolić ze swojej policyjnej pensji. Cyniczny, wyrachowany i niechętny do działania, Rick nie jest być może szczególnie lubialną postacią, ale działa jako narzędzie wprowadzenia czytelnika w świat książki.

Dla równowagi jest też wrażliwsza perspektywa „specjala”, która usiłuje zaprzyjaźnić się ze zbiegłymi androidami. Choć ograniczony intelektualnie, jako osoba wykluczona z życia społecznego doskonale rozumie potrzeby replikantów, wydaje się tu służyć jako nośnik prawdziwej empatii. Nigdy jednak nie czuje się, że autor nadał postaci wystarczającą rangę, nie rozwinął jej w znaczącym kierunku, pomimo poświęcenia mu kilku rozdziałów.

Podobnie ma się sprawa z postaciami androidów, które ograniczają się właściwie do jednej cechy charakteru, jednego wyróżniającego zachowania. Przez to, że budzą głównie negatywne odczucia, nie do końca sprawnie wychodzi uczłowieczanie ich, a konflikty wewnętrzne Deckarda po kolejnych „wysłaniach na emeryturę” są nieprzekonujące.

Interesującym wyjątkiem jest postać Rachel, z początku naprawdę interesująca. Scena jej „testu na człowieczeństwo” Voight-Kampff (przeniesiona niemal słowo w słowo do filmu) to prawdziwy majstersztyk. Świetnie pokazuje sztuczność konstruktu empatii (którą próbuje się tu uzasadnić biologicznie) gwarantującego człowieczeństwo w tym świecie. Niestety bohaterka ta pod koniec przejmuje rolę typowej femme fatale dla potrzeb zbędnego zwrotu akcji.

All plot and no story?

Być może mój problem z odbiorem historii w powieści wiąże się ze znajomością filmu, który wielu z tych mankamentów jest pozbawiony. Dick nie miał wielkich ambicji w budowaniu kompleksowych psychologicznych portretów postaci i nadaniu wszystkim elementom znaczenia w opowieści. Chciał po prostu napisać ekscytujący thriller o policjancie, który ma 24 godziny, żeby załatwić 6 robotów, a w to wszystko wplótł kilka mniej lub bardziej przemyślanych pomysłów, zostawił miejsce na głębsze refleksje czytelnikowi.

Jeśli zaakceptujemy takie podejście autora, Androidy to całkiem przyjemna lektura z masą niewykorzystanego potencjału. Jest go dużo, ale to także znacznie spójniejsze i bardziej skończone dzieło niż wszystko, co Philip napisał wcześniej w gatunku. Mamy oczywiście tradycyjnie enigmatyczne zakończenie, ale tym razem na szczęście nie pozostawia czytelnika z niczym. Nie do końca logiczne na poziomie intelektualnym, ale jest emocjonalnym spełnieniem wszystkich poruszonych w książce problemów. Zdarza się też dziwny, konsternujący epizod z posterunkiem policji pełnym androidów, pozostawiający odbiorcę z milionem pytań. Typowy Dick.

Jeśli ktoś chciałby zacząć przygodę z twórczością tego autora, to jest bardzo dobre miejsce na początek. Nie tak schizofreniczny narracyjnie jak Trzy Stygmaty Palmera Eldritcha, nie tak przeładowany metafizyką jak VALIS, ale też nie tak dobry jak Ubik. To zupełnie bezbolesne, przystępne wprowadzenie w świat autora i jedno z najlepiej wyważonych dzieł w jego dorobku. Z kilkoma poprawkami, ta opowieść miałaby szansę zostać arcydziełem.

I została, w rękach Ridleya Scotta.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *