American Gods – Sezon 1

Najnowsza produkcja Starz tworzona pod okiem wizjonerskiego twórcy Bryana Fullera zapowiadała się na jedno z ważniejszych wydarzeń telewizyjnych roku. Ambitny projekt wielkoskalowej ekranizacji bestsellerowej powieści Neila Gaimana z niezwykle imponującą, jak na stosunkowo skromną stację obsadą, miał potencjał stać się konkurentem dla rozbuchanych widowisk HBO. Choć krytyka odebrała serial entuzjastycznie, a oglądalność okazała się wystarczająca na zamówienie drugiego sezonu, przez szerszą publiczność Amerykańscy bogowie pozostali niezauważeni. Czy to tylko kwestia marketingu, czy może produkcja okazała się z jakiegoś powodu hermetyczna, nieprzystępna dla zwykłego widza? Rzućmy okiem.

Zwolniony z zakładu karnego Shadow Moon (Ricky Whittle) w drodze na pogrzeb żony, spotyka na swojej drodze tajemniczego Pana Wednesday (Ian McShane), który to pragnie zatrudnić wdowca jako ochroniarza. Wplątany w sieć dziwnych konfrontacji ze specyficznymi postaciami z różnorakich mitologii, Shadow okazuje się być pionkiem w większej historii.

To świat, w którym wraz z podmiotami dawnych kultów i wierzeń (Leprechaun, Odyn, Wulkan czy Jezus), współegzystują nowi bogowie (mediów, technologii, globalizacji). Postacie te, urzeczywistnione dzięki wierze ludzi, odnalazły swój dom na Nowym Kontynencie. Niektóre zepchnięte na margines, niektóre wypaczone przez kulturę popularną, jeszcze inne wciąż posiadające władzę nad umysłami części ludzkości. Wszyscy w końcu odnajdują swoją rolę w tej opowieści. W niespiesznym, metodycznym tempie.

Foto: IMDb

Jednym z ciekawszych zabiegów jakie serial stosuje jest rozpoczęcie odcinka drobną, niezwiązaną z główną narracją dygresją, przedstawiającą zwykle sposób, w jaki bogowie znaleźli się w Ameryce. Forma ta nieco ewoluuje na przestrzeni sezonu, czasem stając się kluczowym elementem, wypełniającym znaczną część godziny. To interesujące rozwiązanie wzbogaca mitologię świata przedstawionego, pomaga zrozumieć prawidłowości nim rządzące. Bo trzeba dodać, że z początku serial nie daje widzowi satysfakcjonujących odpowiedzi, choćby co do tego, w jakim kierunku idzie.

Twórcy zdecydowali się budować historię bardzo powoli, rozciągając nie tak obszerną przecież powieść na co najmniej trzy sezony. Kreuje to pewne dające się we znaki problemy z tempem, szczególnie obecne we wczesnej fazie serii. Choć uważam się za bardzo cierpliwego widza, takie podejście stworzyło również dla mnie pewne przeszkody odbiorcze. Jako całkowicie nowy w świecie Gaimana, oczekiwałem że od pilota zostanę wciągnięty w to uniwersum, oczarowany bogactwem pomysłów, zaintrygowany poruszonymi problemami.

Foto: IMDb

Tak się jednak nie stało, zamiast tego postawiono na delikatne wprowadzanie kolejnych niezwykłych zdarzeń, ujmowanie pierwszych spotkań z bogami w niskich tonacjach, a pikanterii dodają głównie krótkie, enigmatyczne, sugestywne wstawki, pozornie niezwiązane z główną narracją. Dużo tu też typowego dla dzieł Bryana Fullera estetycznego samozachwytu, fetyszyzujących ujęć drobnych elementów magicznego świata. Może to nieco alienować widza spragnionego treści, emocjonalnego przywiązania do opowieści i tradycyjnej dramaturgii.

Wyjaśnienia po jakimś czasie w końcu nadchodzą, ale i one są często podawane z nadmiernym namaszczeniem, łopatologicznie serwując ekspozycję i tematy do przemyślenia dla widza, poprzez osobę dość bezbarwnego protagonisty. Z tego co mi wiadomo, inaczej do sprawy podchodzą czytelnicy Gaimana, którzy już wiedząc, do czego to wszystko zmierza, mogą delektować się samym sposobem przedstawienia, często bogatszym od tego, co autor zawarł w powieści. Nowego widza jednak znacznie trudniej przekonać, a nietradycyjna forma opowiadania nie pomaga.

Z formatem telewizyjnym można jednak eksperymentować, czego na całe szczęście serial nie boi się robić. Zamiast stabilnej, niezmiennej struktury odcinka, z historiami pierwszo- i drugoplanowymi, czasami zawędrujemy w inne rejony. Są w tym krótkim sezonie nawet dwa epizody, w których właściwie nie występuje główny bohater serialu. Te były moimi ulubionymi, bo zamiast oczekiwać na kolejne info-dumpy, mogłem cieszyć się kompleksowym budowaniem dalece bardziej interesujących postaci pobocznych, relacji pomiędzy nimi. W jednym z tych odcinków większą rolę miał też wspomniany wątek „boskiej imigracji”, który dużo więcej mówi o tym uniwersum, niż główna fabuła do samego końca sezonu.

Foto: IMDb

To największa bolączka American Gods – oś fabularna po prostu nie daje widzowi wystarczająco, by usprawiedliwić swoją formę. Fuller nie ma tak zajmującego stylu i oryginalności filmowego świata, jak np. David Lynch. Przeznaczył osiem godzin na ekspozycję, z którą można było się rozprawić w dwie. Na właściwą część widz musi czekać kolejny rok. Nie ma nic złego w przystawce do głównego dania, jednak gdy na rynku telewizji jest taka ogromna konkurencja, tyle produkcji, które oferują widzowi znacznie więcej tematycznie i artystycznie w bardziej ekonomicznej formie, ciężko mi podzielać zachwyty nad serialem Starz.

A trzeba dodać, że to mimo wszystko serial na bardzo wysokim poziomie w wielu aspektach. Świetny od strony aktorskiej – Ian McShane to żywy dynamit jak zawsze, efemeryczne twarze popkulturowych ikon w formie Gillian Anderson grającej Media robią niezapomniane wrażenie, a drugi plan na czele z Emily Browning i Pablo Schreiberem czasami kradnie cały show. Przyjemne były także epizody weteranów – Peter Stormare czy Cloris Leachman. Reżysersko i operatorsko produkcja konsekwentnie wypada olśniewająco i nietuzinkowo. Choć ze względu na mniejszy budżet nie można oczekiwać efektów na miarę Gry o Tron, serial i z tym sobie radzi, eksperymentując z groteską. Wszystko jest spójne i estetycznie dogadzające.

To dobrze zapowiadający się serial, choć doskonale rozumiem odbiorców, którzy zrazili się do niego po kilku odcinkach. Pierwsze godziny mogą okazać się zbyt ciężkostrawne i mało wynagradzające na standardy telewizji, ale nie można Fullerowi zarzucić braku inwencji i ambicji. Ja nie zostałem fanem po debiutanckim sezonie, ale jestem niezmiernie ciekaw, w jakim kierunku wyewoluuje seria.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *