Altered Carbon – Wielki sen

dnia

Wydziarany na ręce Uroboros. Przesycony erotyzmem pocałunek pod prysznicem podczas spłukiwania krwi po ciężkim boju, wzbogacony enigmatycznym filozofowaniem zza kadru. Intensywna strzelanina z seksowną  brunetką w samej bieliźnie na pierwszym planie. Wybudzony z hibernacji mężczyzna, zadający tak znamienne, jak utarte pytanie pt. „Jak długo?”. Tym wszystkim atakuje nas najnowsza produkcja Netflixa w otwierających dziesięciu minutach swojego pierwszego odcinka. Daje nam to dość precyzyjny obraz tego, jaki ten serial będzie.

Tutaj na każdy umiarkowanie ciekawy pomysł sci-fi przypadają trzy krwawe strzelaniny, a każdą niegłupią refleksję, przykryją rozliczne przykłady jawnego szczucia cycem. Z twardą fantastyką naukową będzie miał tyle wspólnego, co Ja, robot Proyasa z twórczością Asimova. W swoich rodowodach gatunkowych więcej będzie czerpał z popowej filozofii Matrixa, podkręconej jeszcze wyższym mnożnikiem fajności, niż z intelektualną powagą Blade Runnera. Czy jednak to, że produkcja realizuje się na niższym poziomie ambicji niż oczekiwano po pełnym potencjału koncepcie wyjściowym, czyni ją na starcie przegraną? Oczywiście, że nie. Poziomów na jakich Modyfikowany Węgiel rozczarowuje jest znacznie, znacznie więcej.

Foto: IMDb

Mroczne przejście

W tym świecie przyszłości, ludzkość rozwiązała Zagadkę Nieśmiertelności. Świadomość każdego nowo narodzonego obywatela zostaje zdigitalizowana i zgrywana na specjalne stosy. Ludzkie ciało staje się niczym więcej jak utowarowioną powłoką, do której swobodnie można przenosić umysł, nawet po śmierci wcześniej zamieszkiwanego przez niego organizmu. Jak to bywa w światach cyberpunkowych, rozwój technologii tylko pogłębia społeczne dysproporcje.

Bogaci mogą pławić się w swoim zepsuciu i wyzyskiwaniu mniej fortunnych całą wieczność, stale nabywając dla siebie młode i silne ciała, kumulując kapitał na tyle, że teraz mogą budować swoje pałace rozpusty pośród chmur. Biedni natomiast, żyją w przeludnionych, pełnych przestępczości dzielnicach nędzy, zdając się na parskającą im w twarz opiekę społeczną (scena, gdzie okazuje się, że rodzina młodej dziewczyny uległej śmiertelnemu wypadkowi, może liczyć co najwyżej na powłokę niedołężnej staruszki dla ofiary). Jedynym oparciem dla biedoty okazuje się religia, nadzieja na życie wieczne w innym świecie po zrzeczeniu się go w tym doczesnym (proces kodowania stosów). Wszystko to brzmi całkiem intrygująco, co jednak z samą fabułą?

Takeshi Kovacs (Will Yun Lee) jest byłym Emisariuszem -członkiem rebelii przeciwko zastanemu porządkowi społecznemu ze specjalnymi predyspozycjami bojowymi i umysłowymi. Po schwytaniu przez władze Protektoratu i „odsiadce”, budzi się po 250 latach w dużo wyższym i zdecydowanie bardziej białym ciele Joela Kinnamana (insert insightful commentary on whitewashing here). Zostaje mu przyznane zadanie rozwiązania zagadki „morderstwa” magnata Laurensa Bancrofta (James Purefoy), który de facto ma się całkiem dobrze w świeżej powłoce, dzięki licznym kopiom zapasowym swojego stosu. Z początku nieszczególnie zainteresowany Kovacs zaczyna coraz bardziej angażować się w śledztwo, gdy coraz więcej szczegółów zdaje się cuchnąć grubą konspiracją. Jak cień podąża za nim zadziorna policjantka Ortega (Martha Higareda).

Foto: IMDb

Nagie miasto

Jest to bardzo standardowa, kryminalna intryga rodem z kina noir, pełna wielu co najmniej moralnie podejrzanych osobników, z których każdych ma coś na sumieniu, a wszystkie fakty łączą się w osiągającą niebotyczne rozmiary, sieć powiązań przestępczego światka wielkiego miasta. Wyróżniać może fantastyczna otoczka, na czele z faktem, że ofiara inicjującego morderstwa dalej żyje, co staje się bardziej problemem, niż czymkolwiek innym. Bo jak tu się przejmować losem bogatego dupka, którego śmierci łakną niemalże wszyscy w jego otoczeniu, a do tego on dalej żyje, czyli owe „morderstwo” nie wpłynęło w żaden sposób na nikogo?

Pamiętajmy jednak, że także w klasycznych filmach noir (które serial konsekwentnie cytuje nawet na poziomie tytułów odcinków), zagadka kryminalna nie była elementem najsilniej przyciągającym. Często bywaliśmy wobec niej równie obojętni, co główny bohater. Czasami przez interwencje hollywoodzkich cenzorów stawała się tak nieczytelna, że widz nie był w stanie jej poskładać do kupy. Oglądało i ogląda się te filmy przede wszystkim dla atmosfery, którą ewokują oraz interakcji pomiędzy postaciami, ich ciętego języka.

W Altered Carbon nie ma ani tego ani tego. Owszem, mamy stronę techniczną na bardzo wysokim poziomie. Pieniądze, które włożono w produkcję widać na ekranie, od imponujących scenografii do niezgorszego CGI. Elegancko wykadrowane przestrzenie cieszą oko na tyle, że szkoda nie docenić serialu przynajmniej dla nich. Wszystko to penetruje jednak jakaś trudna do sprecyzowania pustka, a może po prostu niemożliwa do przeskoczenia wtórność. Jakbyśmy oglądali ten sam świat już co najmniej kilkanaście razy, od obu Blade Runnerów do Ghost in the Shell. Przestrzeń Bay City wydaje się jakąś groteskową kontaminacją wizualnych klisz, mającą swoje źródła w zbiorowym, generycznym wyobrażeniu  „cyberpunkowości”. Światu serialowego Altered Carbon brakuje własnej tożsamości, własnego życia, przełamania dla nieustannie dręczącego uczucia déjà vu. Muzyka wydaje się tu kalką blockbusterowej szkoły nowoczesnej muzyki filmowej (nawet pseudo-zimmerowska blacha zaczyna dudnić pod koniec!).

Foto: IMDb

A postacie? Nie lepiej. Główny bohater to esencja szablonowego nihilisty z mroczną przeszłością, rodem z opowiadań pióra gimnazjalnego edgelorda. Jego weltschmerz jest tak silny, że nie powstrzymuje go nawet od wygarniania małej dziewczynce, że niepotrzebnie marnuje energię na przyjaciół, bo i tak wszyscy skończą z mózgiem na ścianie. Nie pomaga jak zawsze bezbarwny Joel Kinnaman, który nawet bycie na haju potrafi zagrać sztywno. Ortega ma większy potencjał na coś ludzkiego, z racji na jej konflikt natury religijnej ze swoją konserwatywną matką, ale ostatecznie przez większość czasu nie jest niczym więcej, jak seksowną, latynoską partnerką bohatera z chrypką stylizowaną na Penélope Cruz. Potem dochodzi jeszcze wątek romantyczny, który jest nie dość, że płytki emocjonalnie, to w jakiś sposób niepokojący. Reszta postaci jest albo całkowicie do zapomnienia, albo do cna zła i bezlitosna. Biedni szlachetnie cierpią,  a bogaci wkładają ludzi w zwierzęta i oglądają bicie żony na gladiatorskich arenach. Te niuanse, te półcienie!

Dotyk zła

Generalna podłość, z którą serial każe nam obcować w niemal każdej scenie, po jakimś czasie zupełnie znieczula nas emocjonalnie. Nie ma tu miejsca na choćby uncję człowieczeństwa. Wszystko sprowadza tutaj się do przemocy, przeplatanej z mało gustowną sekspozycją, która wydawała się czymś, do czego Netflix ze swoim pasmem sukcesów komercyjnych nie musiał się uciekać. Jest tu odcinek, który niemal całkowicie sprowadza się do bezsensownego torture porn, spuentowanego łatwą satysfakcją ludycznej sprawiedliwości (plecaczek był w porządku, to szanuję). Inny odcinek, mający przybliżyć nam przeszłośc Takeshiego w rebelii, jest typowym fillerem, pełnym wywołujących uśmiech politowania dialogowych i fabularnych klisz, które aż wstyd przytaczać.

-No one has ever come back from the Central Core!

-I’m not planning on coming back.

Foto: IMDb

Ten odcinek jest ponoć niemal całkowitym wymysłem scenarzystów, niemającym praktycznie nic wspólnego z książkowym oryginałem Morgana Richarda. Podobno powieść znacznie lepiej, dogłębniej eksploruje problemy swojego świata przedstawionego. W serialu widać na każdym kroku ten potencjał, ale postawiono na łatwe przyjemności – mrok, egzaltowane okrucieństwo i bezcelową pornografię. To nie jest zła intryga, to nie są złe pomysły, to nie jest zła fantastyka naukowa. Po prostu nieudolność twórców, a większym stopniu niepewność, co do własnej tożsamości, brak wiary w siłę samego świata i podłoża sci-fi sprawiają, że efekt końcowy jest jaki jest.

Wszystkie decyzje stylistyczne determinuje cool factor. Konwencję noir obrano, bo sprawdziła się w Blade Runnerze i tam była fajna. Hotel jest tu pod szyldem Kruka, a jego recepcjonistą jest zbuntowane A.I. Poe, bo Edgar Allan Poe jest przecież taki fajny i mroczny. Dorzućmy jeszcze jakieś przypadkowe i nieznaczące nawiązania do tradycji antycznej (Ifigenia, Kasandra), bo erudycja w sf też czasami jest fajna.

Altered Carbon mogło być dla Netflixa rzeczą przełomową, jego odpowiedzią na bardzo udane Westworld od HBO. Jednak to, jak ten nudny, płytki i niedojrzały serial traktuje widza, nakazuje mi życzyć mu spektakularnej porażki. Nie chcę zobaczyć drugiego sezonu. Nie z takim podejściem do materiału, nie z taką obsadą, nie z takim sprowadzaniem wszystkiego do najniższego wspólnego mianownika. Dziesięć godzin cyberpunkowej wtórności jest dla mnie zupełnie wystarczające. Nie dajcie się omamić przykuwającym oko zapowiedziom. Nie obchodzi mnie jak bardzo lubicie gatunek, że szkoda wam tych 4 dych za Netflixa, żeby przegapić teraz tak ładnie wyglądający serial – nie traćcie czasu na Modyfikowany Węgiel.

 

2 Comments Add yours

  1. Santasatan napisał(a):

    Recenzja jest płytka, banalna i pretensjonalna, bravo.

    1. Dawid Smyk napisał(a):

      Komentarz jest wtórny, zbędny i niepoparty argumentacją, gratuluję.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *