„Alita: Battle Angel” – Hollywood w końcu załapało

Po długich 20 latach James Cameron zrealizował swój pasion project, jakim jest adaptacja mangi Battle Angel Alita. Nie dokonał tego sam, bo na stołku reżyserskim zasiadł również Robert Rodriguez. Długi proces tworzenia, kontrowersje wokół amerykańskich adaptacji mangi/anime − jak to się przełożyło na sam film?

Dotychczasowe adaptacje mangi/anime nie cieszyły się powodzeniem. Często były problemy z ograniczeniami budżetowymi albo brakiem zrozumienia (a nawet szacunku) filmowców do materiału źródłowego. Szczególnie w amerykańskich filmach często widać brak pomysłu na przeniesienie specyfiki mangi do formy live action. Próbowano wszystko przerobić tak, że z oryginału nic nie ustało (Dragonball: Ewolucja, Notatnik Śmierci), tworzono generyczne filmy akcji z pustymi odniesieniami (Ghost in the Shell). Wszystko próbowano urealistycznić, upodobnić do zachodnich produkcji, przez co filmy te nie posiadały uroku pierwowzoru (ani jakiegokolwiek innego).

W końcu doczekaliśmy się tej pierwszej hollywoodzkiej adaptacji, w której twórcy zrozumieli, jak przenosić język mangi/anime do filmu aktorskiego.

Wierna adaptacja

Akcja Alita: Battle Angel ma miejsce w XXVI wieku, w świecie zdewastowanym przez wielką wojnę. Na środku stołecznych pustkowi unosi się Zalem − utopijne miasto, do którego nikt z zewnątrz nie ma wstępu. Pod nim, pod wielkim zsypem, na śmierci wybudowało się Miasto Złomu (w filmie określanym jako Żelazne Miasto) dotknięte biedą, przestępczością, podlegające surowemu prawu Zalemu. To jedyne miejsce, do którego ludzie mogą się udać. W tej antyutopii pewien naukowiec specjalizujący się cybernetyką, dr Ido (Christopher Waltz), znajduje na wysypisku zniszczone ciało robota z nieruszonym, uśpionym mózgiem nastoletniej dziewczyny (Rose Salazar). Mężczyzna odbudowuje cyborga i budzi z wieloletniego snu. Dziewczyna nic nie pamięta z poprzedniego życia, jedynie znane są jej niesamowite sztuki walki − doktor Ido przygarnia ją, nadaje imię Alita i wychowuje jak własną córkę. Bohaterka poznaje świat, do którego trafiła, nowych przyjaciół oraz wrogów, którzy później będą stanowili dla niej zagrożenie.

Jest to na wielu poziomach zaskakująco wierna adaptacja mangi Yukito Kishiro. Dokładnie to samo Żelazne Miasto, które znamy z komiksów: skąpane w slumsach, neonach, zamieszkałe przez najdziwniejsze cyborgi, niczym starożytny Rzym z najgorszego okresu, opanowany przez dyktaturę, korupcję, bezprawie. Główną formą rozrywki mieszkańców jest oglądanie Motorballu − brutalnego sportu będącego połączeniem walk gladiatorów, footballu i wyścigu łyżwiarskiego. Miasto jednocześnie fascynujące, oryginalne, zachwycające rozmachem, ale też okrutne. Historia również nie odbiega mocno od pierwowzoru, podąża w podobnym kierunku i zalicza wiele znanych wątków. Jednocześnie nie jest to ekranizacja jak w przypadku Sin City. Wprowadzono szereg zmian, część wątków wycięto, część dodano lub zmodyfikowano tak, aby całość bardziej grała w formie dwugodzinnego filmu fabularnego z własną tożsamością. Niektóre zmiany są nawet na plus, np: rozwijając niektóre postacie, relacje, albo nadając wątkom większy wymiar emocjonalny.

Foto: IMDb

Anime w wydaniu blockbusterowym

Kreacja świata i fabuła to jedno, ale sednem Battle Angel Alita jest tytułowa bohaterka. To, czego dokonali Rodriguez z Cameronem, spece od efektów i odtwórczyni głównej roli, jest po prostu imponujące. To dokładnie ta sama Alita, którą fani pokochali w mandze. To zwyczajna nastolatka, tylko w ciele bojowego cyborga − wrażliwa, pełna empatii, silna, odważna, ale też chwilami naiwna, impulsywna i lekkomyślna. Dokładnie jak w oryginale ma do odbycia własną drogę. Musi zrozumieć, kim jest, czym powinna się w życiu zajmować, dojrzeć. Jest podobnej prezencji jak Gal Gadot w Wonder Woman. Bohaterka pochodzi z innego świata i innej epoki, dysponuje wielką siłą i jeszcze większym sercem. Trafia do rzeczywistości pogrążonej w przemocy i niesprawiedliwości i jako jedyna ma siłę i chęć, aby się temu sprzeciwić − nie tylko walcząc ze złem, ale też nosząc miłość, nadzieję i pomoc. Choć technicznie sama nie jest do końca człowiekiem, to jest najbardziej ludzką istotą w tym świecie. Rose Salazar włożyła w tę rolę masę charyzmy i serca. Jest uśmiechnięta, dowcipna, pełna optymizmu i radości − sympatyzujemy się z nią od pierwszych minut.

Sama decyzja, aby Alita była efektem motion capture, okazała się strzałem w dziesiątkę. Jej mangowy wygląd idealnie do niej pasuje, bo odzwierciedla charakter, emocje, nietypowe pochodzenie i komponuje się z światem przedstawionym. Postacie drugoplanowe też prezentują się dobrze. Christopher Waltz odchodzi od swojego emploi, kreując się na kogoś w stylu Gepetta z Pinokia − ciepłego, mądrego przybranego ojca głównej bohaterki. Posiada bardzo dobrą chemię z Alitą, a relacja między nimi potrafi wzruszyć. Poboczni złoczyńcy jak Jackie Earley Halley i Ed Skerin wypadają zaskakująco charyzmatycznie i odpowiednio groteskowo. Mahershala Ali jako główny antagonista, Vector, jest niezły, ale trochę niewykorzystany. Za to dużo gorzej prezentuje się Keeane Johnson jako Hugo, czyli mdły love interest naszej Ality.

Foto: imdb.com

Piękny spektakl rodem z Japonii

Poza główną bohaterką największym plusem całego filmu jest oprawa wizualna. Robert Rodriguez swoim Sin City pokazał, jak stylowo potrafi przenosić kadry komiksów na duży ekran, a w połączeniu z podejściem Jamesa Camerona do efektów specjalnych stworzyli niepowtarzalne widowisko. Alita: Battle Angel dla wielu fanów stylistyki anime będzie wręcz spełnieniem marzeń. Film ani przez moment nie wstydzi się swoich mangowych korzeni, dumnie przenosi całą umowność i rozmach na duży ekran. Christopher Waltz, dwukrotny zdobywca Oscara walczący wielkim odrzutowym młotem? Proszę bardzo. Drobna nastolatka, która za pomocą katany ćwiartuje na kawałki armię olbrzymich robotów? Drobiazg. Film autentycznie ogląda się jak anime. To nie tylko kwestia designu i scen akcji, ale także ujęć, kreacji postaci, sposobu prowadzenia dialogów czy budowania dramaturgii. Zawarta jest w tym wszystkim taka szczerość, bezwstydność i zwyczajna miłość do stylistyki mangi i anime szeroko rozumianej. Można tu dostrzec nawiązania nie tylko do Battle Angel Alita, ale też do klasyków, takich jak: anime Ghost in the Shell albo japońskich gier pokroju Nier: Automata.

Oklaski na stojąco za realizację całego japońskiego przepychu. Za efekty specjalne stanęła ekipa odpowiedzialna za Avatara, co doskonale widać. W przeciwieństwie do chociażby produkcji Marvela i DC, to nie są zaledwie „dobre efekty”, tutaj postawiono duże większe ambicje. Nad samym modelem Ality pracowano rok, po to, aby stworzyć jak najbardziej wiarygodną, ludzką postać o nieludzkiej urodzie. Wszelkie cyborgi, nieważne jak dziwacznie zaprojektowane, jak skomplikowane pozycje by nie wykonywały, wyglądają jak żywe. Ich sposób poruszania, liczba widocznych detali − ani przez moment nie widać w tym sztuczności. Miasto zachwyca swoim bogactwem i rozmachem – razem z bohaterką ekscytujemy się nim, chcemy w nim być. To zdecydowanie najlepiej wyglądający blockbuster ostatnich lat.

Alita: Battle Angel jest opakowana akcją po brzegi. Sceny akcji są różnorodne, fantastycznie zaaranżowane i pomysłowe. Chociaż 90% walczących postaci jest efektem CGI lub motion capture, czujemy ich masę, siłę zadanych ciosów, nie zamienia się to w szum. Montaż ani przez moment nie przeszkadza, wszystko dokładnie widzimy. Nie ma żadnego poczucia chaosu, niezależnie od tego, jak wiele się dzieje na ekranie.

Foto: sensacine.com

Po prostu bardzo dobra rozrywka

Ostatnią rzeczą, która wywarła na mnie wrażenie, jest to, jak zgrabnie zamknięto cały ten przepych, całą tę otoczkę anime-mangową w ramy amerykańskiego blockbustera. Film, mimo masy „dziwactw” i odwołań do komiksu, jest zaskakująco przystępny w odbiorze. Cała historia Ality, mimo licznych zawirowań, scen akcji, technologicznego „mumbo-jumbo”, jest zaskakująco uniwersalna i angażująca. Opowiada o miłości, rodzinie, dojrzewaniu, szukaniu własnej tożsamości. To film o ludzkich wartościach w nieludzkich czasach.

Mimo całego nagromadzenia efektów i scen akcji pamiętano też o wymiarze ludzkim. Dużo uwagi poświęcono bohaterom, ich emocjom, oraz interakcją między nimi. Dzięki temu zależy nam na Alicie i jej bliskich. Sam wstęp filmu jest małym dziełem sztuki – niemalże pozbawiony dialogów, pokazujący stopniowo świat, oraz protagonistkę. Moment w którym widzimy budzącą się Alitę, jak stawia pierwsze kroki, zapoznaje się z własnym ciałem, twarzą, z własnym poczuciem „ja” jest wzruszający – ślicznie nakręcony, z świetną muzyką Toma Holkenborga. Scena pełna emocji, budująca więź widza z bohaterką. Takich małych momentów jest więcej.

James Cameron podobnie jak w Avatarze, kładzie duży nacisk na element „ekscytacji” – ekscytacji z poznawania niezwykłych światów, technologii, odkrywania nowych możliwości. W przeciwieństwie jednak do hitu z 2009, zamiast grubo ciosanego eko-przesłania, mamy angażującą historię i bohaterkę która swoim urokiem i charyzmą trzyma nas od początku do końca.

Alita: Battle Angel konsekwentnie budowana jest jako blockbuster. Film nie udaje mądrzejszego, niż jest. Nie obiera konwencji cyberpunku, aby opowiedzieć wielką historię transhumanizmu. To cyberpunk w popkulturowym rozumieniu. Film, który ma dawać frajdę pięknymi, retro futurystycznymi widokami i epickimi scenami akcji z udziałem cyborgów. Nie próbuje być ambitnym kinem science-fiction pokroju Blade Runnera, nie wykorzystuje półśrodków jak amerykański Ghost in the Shell. Jest blockbusterem, do którego zgrabnie wpleciono historię i bohaterów z mangi Battle Angel Alita. Film nastawiony jest na czystą, bezpretensjonalną rozrywkę, którą fani znali dotąd z anime i komiksów, zaś dla niedzielnych widzów będzie świeżym doświadczeniem.

Podsumowanie

Alicie: Battle Angel udało się nie tylko  znakomicie pogodzić adaptację mangi z blockbusterem, ale też stworzyć z tego piękne, kinowe doświadczenie. Szanuje swój materiał źródłowy, czerpie wszystko, co najlepsze z japońskiej estetyki i dostarcza ją w formie, która zachwyci zarówno fanów anime, jak i widzów którzy nigdy nie mieli kontaktu z mangą. Pod względem realizacji i widowiska, to film z najwyżej pułki, dostarczający niesamowitych wrażeń. A pośrodku tego całego przepychu, ukryte jest serce, w postaci tytułowej Ality.

Ocena: 9/10.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *