Aliens – Retrospektywa, część 2 – A więc wojna

W siedem lat po sukcesie pierwszej części na ekrany wchodzi kontynuacja Obcego. Za kamerą młody, dobrze zapowiadający się filmowiec, który wcześniej zaskoczył świat wyciśniętym z mikro-budżetu, efektownym, technoirowym slasherem – Terminatorem, a następnie udowodnił swoją sprawność w schlebianiu masowemu widzowi pisząc scenariusz absurdalnego sequela Pierwszej Krwi. Czy pomysł zrobienia z Aliena komercyjnego widowiska akcji okazał się trafiony? Przyjrzyjmy się.

Ta pretensjonalna część mnie nakazuje być trochę sceptycznym wobec filmu Camerona. W końcu nie jest to do końca dzieło potrzebne, pierwsza część tworzy zamkniętą historię ze skończoną ścieżką bohatera i nutką niepewności w zakończeniu, tylko komplementującą atmosferę. Bezpośrednia kontynuacja to nie najbardziej twórcza opcja kreowania franczyzy, ciekawsza mogłaby być na przykład oddzielna opowieść osadzona w tym samym uniwersum, wzbogacająca je. Dostaliśmy jednak przepełniony kliszami akcyjniak z uproszczonymi motywacjami bohaterki, papierowym drugim planem oraz fabułą będącą poniekąd powieleniem oryginału. Na nic się jednak zdadzą podobne narzekania, kiedy wiem jak wiele frajdy zapewnia mi oglądanie Decydującego starcia. Jeśli zaakceptujemy wizję Camerona, ze wszystkimi jej umownościami, rzucając w niepamięć to, co reprezentowała „jedynka” konwencjonalnie i ideowo, okaże się, że Aliens to najwyższej klasy kino rozrywkowe.

mv5bnzhkytq3ntatzwnmyy00mdi0lwfmmjytn2i1mjqzyzniyzvil2ltywdll2ltywdlxkeyxkfqcgdeqxvymjk3ntuyotc-_v1_sy1000_cr0012791000_al_
Foto: IMDb

Zacznijmy jednak od początku. Scenariusz Jamesa Camerona miał być zupełnie oryginalnym filmem science fiction, jednak po otrzymaniu od studia propozycji zrealizowania planowanej od dawna kontynuacji Ósmego pasażera Nostromo, reżyser zauważał liczne punkty wspólne pomiędzy swoim pomysłem, a dziełem Ridleya Scotta. Projekt rodził się w bólach. Zdjęcia miały mieć miejsce w brytyjskim studiu Pinewood, co wymagało zatrudnienia pewnej ilości lokalnych pracowników.

Ekipa, lekko mówiąc średnio się dogadywała, ze względu na poróżniającą etykę pracy wyspiarskich filmowców, dotyczącą głównie nieprzewidzianych nadgodzin i przerw na herbatę. Gale Anne Hurd z kolei, producentka i żona reżysera utrzymuje, że doświadczała seksizmu i oskarżeń o nepotyzm ze strony kolegów z planu. Problemem okazał się również niewielki budżet – do dyspozycji były tylko cztery (sic!) kostiumy ksenomorfa, a rekwizyty takie jak bronie czy egzoszkielet, to w większości improwizowane na gorąco połączenia dostępnych w studiu przedmiotów.

Jednak mimo tych przeszkód, dzięki niezwykłej kreatywności najważniejszych członków ekipy i energicznej współpracy zgranej obsady głównych aktorów (prócz Sigourney Weaver takie osobistości jak: świętej pamięci Bill Paxton; Michael Biehn, Lance Henricksen, Paul Reiser czy niezapomniana, odkryta już podczas castingów w Anglii Carrie Hehn) film okazał się wyjątkowo udaną produkcją i olbrzymim sukcesem finansowym.

mv5bmje5mtqxnte3nl5bml5banbnxkftztcwmjm0odeymw-_v1_sy1000_sx1500_al_
Foto: IMDb

Kluczem była bardziej przystępna konwencja – mroczny slasher zmiksowano z filmem wojennym. Takim bardzo amerykańskim, pełnym pękających w szwach od testosteronu, uzbrojonych po zęby macho-zabijaków, strzelających ironicznymi tekstami, do momentu aż zostaną zmuszeni do radzenia sobie w ekstremalnych warunkach, z pozornie prymitywnym, a w rzeczywistości niemal niezniszczalnym i niezmiernie podstępnym przeciwnikiem (skojarzenia z popkulturowym wyobrażeniem wojny w Wietnamie nieprzypadkowe). Główna bohaterka z nieustępliwej surwiwalistki musi przedzierzgnąć się w rolę silnej liderki zachowującej spokój w kryzysowej sytuacji i… lwicy dzielnie broniącej adoptowanego potomstwa. W końcu zamiast jednego obcego, stajemy naprzeciw kilkuset bestiom.  W myśl klasycznej zasady hollywoodzkich sequeli – więcej, głośniej, szybciej.. lepiej?

Powodem, dla którego te przeżarte tropy kina akcji działają tu tak dobrze jest przede wszystkim połączenie ciętych dialogów z charyzmą obsady, wyciągającej ze stereotypowych postaci iskrę. Zależy nam na Hudsonie czy na Newt, bo pomimo wychodzenia z poziomu łatwo rozpoznawalnych dla widza klisz, stopniowo spędzając z nimi więcej czasu zaczynamy widzieć w nich prawdziwe osoby. Udaje się to, bo film zamiast jak większość mu podobnych gatunkowców pędzić do przodu, powoli dawkuje nam akcję, pozostawiając sporo czasu na odetchnięcie i zapoznanie się z bohaterami, nie poświęcając przy tym napięcia. A kiedy rzeźnia w końcu nadejdzie, w ruch idą magazynki pulsujących smartgunów, liczne czaszki ksenomorfów rytmicznie pękają z głośnymi trzaskami, otoczenie trawi ognista pożoga, a wszystkiemu towarzyszy pompatyczna muzyka Hornera – nie mamy wątpliwości komu kibicować i pozostajemy autentycznie emocjonalnie zaangażowani w to, co dzieje się na ekranie. Niechlubnym wyjątkiem może być jednowymiarowy złoczyńca, korpo-psychopata bez ludzkich odruchów, który jednak jest na tyle wyrazisty, że przynajmniej zapadnie w pamięć.

mv5bmtk3odm2oty3ov5bml5banbnxkftztcwmja0odeymw-_v1_sy1000_sx1500_al_
Foto: IMDb

Owszem, wszystko to jest bardzo proste, nieco szablonowe, czasami grające na łatwych sentymentach, ale to nie znaczy, że nie wymagało pewnej finezji. Łatwo to porównać z późniejszymi produkcjami Camerona, które stają się tak banalne i sztampowe, tak podręcznikowo manipulujące, że Aliens wygląda przy nich jak naprawdę wyrafinowane kino. Jest równie mroczny i bezpardonowy jak poprzednik (w końcu to dalej twarda kategoria R), intensyfikuje zagrożenie, podwyższa stawki i wszczepia w to wszystko nową dawkę emocji i człowieczeństwa. Są tu zarówno momenty, gdy siedzimy na skraju fotela z troską o losy zaszczutych bohaterów, jak i zasłużone chwile satysfakcji, gdy ci w końcu zdobędą przewagę. Rollercoaster fajerwerków, ale i wrażliwa opowieść o konfrontowaniu się z traumami przeszłości i naprawieniu wyrządzonych przez los szkód, dzięki empatii do drugiej osoby.

Od kina rozrywkowego nie oczekuję wybitnie ambitnych celów i środków do ich osiągnięcia, a zwyczajnie poczucia, że mogę być spokojny, bo jestem w rękach mistrza. Kogoś, kto wie dokładnie czego chce i doskonale panuje nad każdym aspektem projektu, nawet w tak burzliwej atmosferze planu zdjęciowego jak w tym przypadku. Spójna wizja, nieposkromiona kreatywność i w końcu duża doza czystej, ale nie bezmyślnej zabawy – to wszystko znajdziecie w Decydującym starciu. Sycący i zachęcający do częstych powrotów – czego chcieć więcej?

Recenzja pierwszej części

Dalsza część retrospektywy

0 Comments Add yours

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *