Alien 3 i Alien: Resurrection – Retrospektywa, część 3 – Produkcyjna kaźń, groteskowe zmartwychwstanie

Po dwóch niezwykle udanych filmach z serii, fanów zaskoczyły dwa niewypały. Odbiór jednego z nich z czasem trochę się ocieplił, o tym drugim większość nadal wolałaby nie pamiętać. Co właściwie poszło nie tak w filmach Finchera i Jeuneta, czy zasłużyły sobie na całą krytykę jaka na nie spadła? Rzućmy okiem.

Nie jest tajemnicą, że proces produkcyjny Aliena3 był regularnym chaosem. Mamy jednak liczne dowody w historii kina, że mimo, a może czasami też dzięki utrudnieniom, mogą powstać arcydzieła. Znacząco jednak różni się sytuacja reżysera z wizją stającego w obliczu problemów finansowych, konfliktów interesów ze współpracownikami czy nieposkromionej przyrody, od tego co miało miejsce jeszcze przed rozpoczęciem zdjęć do trzeciego Obcego – liczna grupa ludzi z masą nieuporządkowanych pomysłów, pod presją wyprodukowania sequela co najmniej równie kasowego jak poprzedni. Kilkukrotne przepisywanie scenariusza, obsadzanie różnych reżyserów, budowanie scenografii i kręcenie bez skryptu oraz wiele, wiele innych przeszkód.

mv5bmja4mzk4ndc3nf5bml5banbnxkftztcwotg3odeymw-_v1_sx1500_cr001500999_al_
Foto: IMDb

Z koncepcji można by wymienić chociażby przeniesienie akcji na planetę ksenomorfów, stację kosmiczną będącą centrum handlowym czy Ziemię; skupienie się na postaci Hicksa i pozostawienie Ripley w śpiączce, ostateczna konfrontacja z korporacją Weyland-Yutani, przedstawienie społeczeństwa obcych jako alegorii komunizmu czy conspiracy thriller w kosmicznej kolonii z nowymi gatunkami naszych ulubionych zwierzątek (kseno-krowy, kseno-świnie, kseno-kurczaki…). Do autorów tych często dziwacznych pomysłów należeli m.in. pisarz science-fiction William Gibson i scenarzysta Autostopowicza Eric Red. Jednym z rozchwytywanych w owym czasie reżyserów był Renny Harlin, który to jednak zawsze wybierał kręcenie innych nieudanych sequeli. 20th Century Fox stale naciskało na twórców, nagminnie odrzucało wersje scenariusza, ale wpompowało naprawdę sporo pieniędzy i oczekiwało spektakularnych rezultatów.

Tak naprawdę pre-produkcja potrwała bez mała pięć lat i w końcu obstało przy skrypcie Davida Gilera i Waltera Hilla z więzienną planetą pełną agresywnych seksualnie, religijnie zafiksowanych mężczyzn widzących po raz pierwszy od wielu lat kobietę i zmuszonych do współpracy z nią w walce z niezrozumiałym wrogiem. Była to poniekąd wariacja wcześniejszego pomysłu Vincenta Warda i Johna Fasano, tylko że tam była planeta klasztorna z ascetycznymi mnichami. Za kamerą stanął David Fincher, niedoświadczony reżyser znany z teledysków Madonny i reklam telewizyjnych. Oczywiście Fox nie dało mu zbyt dużej swobody i nie dość, że był mocno kontrolowany, to jeszcze koniec końców tak mu pocięli film, że ten stał się niespójny i poszatkowany. Dziś, jak wiemy, okazał się wielkim talentem i obecnie właściwie wyrzeka się swojego pełnometrażowego debiutu.

mv5bmjg1ndi0mzi1mf5bml5banbnxkftztcwmtk3odeymw-_v1_sx1500_cr001500999_al_
Foto: IMDb

Wielu widzów od zawsze było skłonnych odrzucić film tylko na podstawie tego, że ich ulubione postacie giną w pierwszych minutach, po czym pozostaje tylko oglądanie przygnębiającego, apokaliptycznego dramatu więziennego bez krztyny ducha przygody, nadziei czy człowieczeństwa obecnego w uwielbianym Decydującym starciu. Dla mnie takie podejście jest trochę niesprawiedliwe, bo jeśli nie w historii, to co najmniej w otoczce filmu drzemie naprawdę duży potencjał. Tak, jest jeszcze bardziej mrocznie i nieprzyjemnie niż wcześniej, ciężki klimat przygniata widza, pretensjonalne dialogi potrafią wymęczyć, tempo jest nierówne i są problemy z dozowaniem napięcia, ale dla mnie to za mało, by całkowicie skreślić dzieło.

Choć sama fabuła może niespecjalnie zapadnie w pamięć, to na pewno uderzy nas aura miejsca akcji. Czy to opustoszała zewnętrzna część więzienia skażona industrialnym rozkładem, czy ciasne korytarze pełne czyhających na bohaterkę karków, czy oświetlone pojedynczymi świeczkami szyby kopalni, czy też w końcu wypełnione donośnym głosem kaznodziei pomieszczenie, w którym odbywają się „msze” – wszystko penetruje niepokojąca, dekadencka atmosfera. Sam ten pseudo-religijny element też jest interesujący, pokazuje jak w miejscu pozornie doszczętnie pochłoniętym nihilizmem, gdzie więźniowie mogą czekać tylko na apokalipsę, nadal tkwi w nich nadzieja, że wraz z nią przyjdzie jakiś zbawiciel. W świecie Aliena mogą jednak co najwyżej liczyć na antychrysta…

Nietrudno więc udowodnić, że to film w wielu aspektach ciekawy, z psychodeliczną atmosferą mocno oddziałującą na widza. Dlatego nie powinno też dziwić, że są kręgi fanów, które uważają go za niezrozumianą perłę. Ma naprawdę wiele zalet, do których zaliczyłbym także metodyczną, stonowaną kreację Charlesa Dance’a. Daje nam pierwszą okazję do spojrzenia z POV ksenomorfa, choć można mieć obiekcje do realizacji tej sekwencji, jak zresztą do wielu scen akcji w filmie. Problemem bywają efekty specjalne, błędne jest jednak powszechne przekonanie, że wynikają z nadużycia CGI, którego było naprawdę mało – większość ujęć z obcym to albo klasyczne kostiumy, albo lalki prowadzone na green screenie, w przypadku tych drugich po prostu ktoś nawalił w fazie compositingu. Na pewno jednak nie zobaczycie tu (jeszcze) komputerowych ksenomorfów!

Wiele mankamentów związanych z prowadzeniem narracji poprawia tzw. wersja Assembly Cut, dłuższa o pół godziny i uważana za dużo bliższą wizji Finchera przed ingerencjami studia. Jest na pewno dalece spójniejsza i lepiej wyważona, więc jeśli macie plany obejrzeć kiedyś trzeciego Obcego, to zapomnijcie o wersji kinowej, bo stracicie po prostu lepszy film. Wciąż nie perfekcyjny, ale na pewno bardziej wart uwagi.

mv5bndm1mdy3mgqtzjm3os00yjq0ltlkmzetzdk0zmuwodjhodlhl2ltywdll2ltywdlxkeyxkfqcgdeqxvymjk3ntuyotc-_v1_
Foto: IMDb

O ile większość problemów filmu Alien³ można zrzucić na zawirowania około-produkcyjne, koszmaru jakim jest Przebudzenie nie można usprawiedliwić niczym. Scenariusz pisał przecież nie kto inny jak Joss Whedon – dziś bożyszcz nerdów za sprawą FireflyBuffy: Postrach wampirów czy Avengersów, od zawsze głowa pełna pomysłów. Reżyserem wizjonerski Jean-Pierre Jeunet (wtedy znany głównie ze steampunkowego Miasta zaginionych dzieci, dziś bardziej z Amelii), któremu studio dało niemal carte blanche. W końcu świeża, energiczna obsada postrzeleńców pierwszej klasy: Winona Ryder, Brad Dourif i Ron Perlman. W czym więc problem?

Fabuła jest abstrakcyjnie pretekstowa i wymuszona. Jak kontynuować serię, gdy poprzedni film uśmiercił główną bohaterkę i de facto wizytówkę franczyzy? Wskrzeszając ją oczywiście, ale również przenosząc akcję 200 lat do przodu, by dać pozory świeżego startu, otwarcia nowych możliwości. DNA sklonowanej Ripley zostało zmieszane z genami noszonej w jej łonie królowej obcych. To daje jej gamę nowych umiejętności, znacząco zmienia jej osobowość, przy czym z jakiegoś nielogicznego powodu zachowuje ona swoje wspomnienia. Operacji dokonali amoralni naukowcy, badający ksenomorfy na statku kierującym się na Ziemię. Nie jest to jednak organizacja Weyland-Yutani, ci zostali wykupieni przez Walmart. Tak, złowieszczą, makiaweliczną firmę, przed którą drżeli wszyscy w poprzednich częściach zabiły wojny korporacyjne… Wkrótce przybywają najemnicy z żywym towarem mającym służyć za inkubatory dla chestbursterów. Oczywiście coś idzie nie tak i obcy zaczynają biegać samopas po statku dziesiątkując załogę, a nasza bohaterka zmuszona jest współpracować z przemytnikami, by zmienić kurs statku.

mv5bnjg3odq1nzyzml5bml5banbnxkftztgwnty4ndu3mje-_v1_sy1000_sx1250_al_
Foto: IMDb

Od tego momentu scenariusz bardziej przypomina grę wideo niż jakąkolwiek sensowną narrację. Bohaterowie poruszają się po statku, przechodzą kolejne widowiskowe konfrontacje z ksenomorfami i czasami któryś z nich ginie. Nikt niczego się nie uczy, nikt się nie zmienia, wszelkie zwroty akcji są przewidywalne i nieznaczące, brakuje w tym czytelnej idei. Nie czujemy się przywiązani do postaci, żadna z nich nie daje się polubić. Nawet poprzednik ze swoim wszechogarniającym nihilizmem miał wciąż namiastkę człowieczeństwa, nie tylko w Ripley, ale i drugoplanowych postaciach, które również posiadały swoje małe historie. Tutaj nie ma nic, postawiono na bezsensowną rzeź i nieefektowne próby straszenia, poczucie zagrożenia nie istnieje. Więcej to ma wspólnego z filmami z Seagalem, niż np. dziełem Camerona. Bzdurny, pozbawiony świeżych pomysłów i zwyczajnie pusty – taki jest czwarty Obcy.

Jednocześnie w tej swojej śmieciowości jest to… najbardziej autorski film z serii dotychczas? Jak wspomniałem Jeunet miał bardzo dużo swobody przy produkcji i największy jak dotąd budżet. Sporo mieszał przy scenariuszu i postanowił poprowadzić całość w trochę innym kierunku, pozostawiając swoje osobiste znamię. Jego dzieło jest wyjątkowo przestylizowane, pełne szerokokątnych ujęć, szarżujących zbliżeń czy efekciarskich holenderskich kątów. Wprowadza to naprawdę dużo dynamizmu do filmu, zawsze jest na czym zawiesić oko, nawet gdy nic zajmującego nie dzieje się na ekranie. Widać w tym wszystkim pewną pasję do techniki filmowej. Jak sam francuski reżyser mówił – intencją było stworzenie czarnej komedii. Nie ma tu jednak standardowych gagów, komizm wynika raczej z przerysowanego aktorstwa i absurdalności sytuacji. Bardziej jest to naśladowanie niezamierzonego humorystycznego aspektu kina klasy B, niż obranie jednoznacznej konwencji. Cenię sobie, że reżyser starał się podejść do tematu z przymrużeniem oka, ale ostatecznie efektem jest nudny, asekurancki, próżny i banalny film akcji z kilkoma przebłyskami oryginalności.

mv5bndkzotm1ntu1nf5bml5banbnxkftztgwmjc2odq3ote-_v1_
Foto: IMDb

Mógłbym polubić ten film, gdyby rzeczywiście poszedł w całkowitą groteskę i może nawet perfidnie wyśmiał formułę Obcego. Ale nie, Przebudzenie jest słabym filmem akcji, fatalnym horrorem i jeszcze gorszą kontynuacją serii. Poza jednym konceptem na sam koniec, nie wnosi kompletnie nic do mitologii uniwersum. Zbędna i w żadnym aspekcie nie zapadająca w pamięć, bezwartościowa popelina.

Choć Resurrection było umiarkowanym sukcesem finansowym, to chłodny odbiór wyraźnie zaznaczył, że nadszedł czas dać ksenomorfom odpocząć. Oczywiście to nie do końca prawda, bo legenda trwała chociażby w grach wideo, komiksach czy też w kinie, w formie katastrofalnych crossoverów z Predatorem. Musiało jednak minąć kilkanaście lat, by powstał nowy, prawdziwie autonomiczny film z serii, gdy wraca do niej Ridley Scott. Wcześniej ten pan popełnił oczywiście jeszcze quasi-prequel – Prometeusza, ale to temat na inny tekst…

Recenzja pierwszej części

Poprzednia część retrospektywy

Ostatnia część retrospektywy

0 Comments Add yours

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *