451° Fahrenheita – Do spalenia!

Wyścig między platformami streamingowymi trwa w najlepsze. Każda stara się stworzyć jak najbardziej atrakcyjny, ekskluzywny film. HBO wyprodukowało 451° Fahrenheita, czyli adaptację przełomowej powieści science-fiction do której zaangażowano hollywoodzką obsadę. Czy to wystarczyło na stworzenie dobrego filmu?

Akcja ma miejsce w dystopijnej przyszłości, w której absolutnie zakazane jest posiadanie wszelkich książek. Powołano specjalną jednostkę strażaków, których zadaniem jest szukanie, palenie książek, oraz karanie każdego kto je posiada. Jednym z funkcjonariuszy jest Montag (Michael B. Jordan), który jest w przyjacielskich relacjach ze swoim przełożonym, Beattym (Michael Shannon). W trakcie wykonywania kolejnych, rutynowych misji główny bohater zaczyna miewać wątpliwości o słuszność swojej misji i odkrywa prawdę stojącą za książkami.

451° Fahrenheita autorstwa Raya Bradbury’ego u boku 1984 roku Georgea Orwella jest jedną z  najważniejszych powieści science-fiction z motywem dystopii. Opowiadała o tym, jak to władze totalitarne wzmacniają swoją pozycję wpływając na umysły i wrażliwość obywateli. Poprzez odcinanie dostępu do wiedzy (jakim są książki) czynią ich bardziej podatnymi. Oryginał opierał się na ciekawym, aczkolwiek już nieco przestarzałym koncepcie, który stanowił oryginalną krytykę na istniejące ówcześnie państwa totalitarne.

Foto: HBO.com

Dosłownie, ale czy wiernie?

Film HBO dosłownie przenosi motyw palenia z materiału źródłowego. Strażacy zamiast gasić pożary, palą na zlecenie rządu książki, oraz wszelkie inne nośniki, jak komputery, dyski itd. (co na dłuższą metę mija się ze znaczeniem tytułowego 451° Fahrenheita, czyli temperatury w której pali się książka) – z dzisiejszej perspektywy wygląda zbyt dosłownie i mało wiarygodnie.

Większym jednak problemem jest masa nieścisłości, a nawet absurdów. W świecie przedstawionym książki są absolutnie zakazane, ale powszechnie stosowane jest słowo pisane. W jakim takim razie stopniu pisanie/czytanie tekstu jest zakazane? Dlaczego ludzie powszechnie nie mają żadnego problemu z czytaniem? A co jeszcze ciekawsze – jak w dobie internetu i telefonów komórkowych można w ogóle likwidować książki (na dodatek w tak prymitywny sposób, jakim jest palenie na stosie)? Z nieznanego powodu palone są też niektóre filmy (np. Aguirre: Gniew Boży). W ogóle nie wiadomo jak świat przedstawiony funkcjonuje, jak wygląda społeczeństwo i jak reaguje na otaczające wydarzenia.

Foto: Hollywood Reporter

Twórcy wzięli na warsztat dosyć groteskowy koncept z książkami, ale w ogóle nie wyjaśniają podstaw. Nie wiadomo z samego filmu dlaczego książki są aż takie istotne. W powieści Bradburyego poświęcono temu dużo uwagi, opowiadano o tym jak literatura kształtuje nas, poszerza horyzonty, buduje wrażliwość i niezależność. Mało tego, do samego końca nie znamy motywacji bohaterów. Praktycznie niczego nie dowiadujemy się o postaciach granych przez Michaela B. Jordana i Michaeal Shannona. Nie wiemy co ich determinuje do działania (poza zwykłą ciekawością ze strony Montaga), są dwuwymiarowi, relacje między nimi płytkie, a konflikt ukazany zero-jedynkowo.

Fabuła została znacznie przerobiona od pierwowzoru. Zniknęła postać żony głównego bohatera, relacja z Clarisse (Sofia Boutella) sprowadzona do płytkiego romansu. Pominięto kompletnie temat narastającego zobojętnienia, zaniku wrażliwości, oraz problemów z budowaniem relacji międzyludzkich. Wątek główny przerobiono i sprowadzono do zwykłego uganiania się za Omnisem, czyli tutejszym McGuffinem i deus ex machiną. Czym dokładniej jest omnis, co robi i jak działa jest czystym absurdem.

Ciemno wszędzie, nudno wszędzie.

Historia nie dość że niedorzeczna i pełna dziur opowiedziana jest w najnudniejszy możliwy sposób. Większość seansu to po prostu Michael B. Jordan włóczący się w kółko po mieście i zamieniający się informacjami z postaciami drugoplanowymi. Reszta to kompletnie nieistotne, zmierzające donikąd (dodane na potrzeby filmu) wątki poboczne z udziałem Michaela Shannona spisującego słowa na kartkach, oraz retrospekcje z dzieciństwa głównego bohatera.

Foto: Legion of Leia

Z założenia miała to być superprodukcja od HBO, ale realizacja prezentuje poziom najgorszych filmów telewizyjnych. Najwyraźniej zdecydowana większość budżetu poszła na gażę dla aktorów, bo realizacja trąci taniochą. Akcja ma miejsce w dystopijnej przyszłości, ale poza paroma ekranami na wieżowcach i gadającą kamerą nie ma absolutnie żadnych futurystycznych elementów (to już adaptacja z 1966 roku posiadała więcej elementów sf). Wszystko wygląda nudno, nieciekawie, bez pomysłu, praktycznie nic nie różni się od naszych realiów. Mało tego, twórcy dla zakrycia braków budżetowych utrzymali cały film w kompletnych ciemnościach. Prawie każda scena ma miejsce w nocy, a każde pomieszczenie jest kiepsko oświetlone, tak że praktycznie nic nie widać. Chociaż akcja ma miejsce w metropolii, prawie w ogóle nie widzimy jakiegokolwiek życia na ulicy, żadnych przechodniów.

Jedyną zaletą całego filmu jest aktorstwo. Michael B. Jordan i Michael Shannon są do tego stopnia utalentowanymi aktorami, że nawet w fatalnie napisanych rolach potrafią wykrzesać odrobinę emocji (szczególnie Michael Shannon).

Podsumowanie

451° Fahrenheita jest absolutną porażką dla HBO. Fatalnie podchodzi do materiału źródłowego – dodaje masę idiotycznych nowych wątków, kompletnie pomija przesłanie, jakąkolwiek logikę czy niuanse. Fabuła jest absurdalna, wlecze się w nieskończoność i zmierza donikąd, męcząc nas długimi, fatalnie napisanymi dialogami. Film jest na dodatek brzydki wizualnie, a kreacja świata nieciekawa i pozbawiona najmniejszego sensu. Producenci starali się przyciągnąć widzów nazwiskami Michaela B. Jordana i Michaela Shannona, którzy robią co mogą, ale nie uratuje to w żadnym stopniu nędznego filmu.

Ocena: 3/10

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *