WSZYSCY JESTEŚMY MEEKHAŃCZYKAMI

dnia

Książki Wagnera atakowały mnie za każdym razem kiedy szukałam czegoś nowego do czytania. Uparcie broniłam się przed nim, bo jakoś nie ufam autorom, którzy zgarniają nagrody i są płodni jak króliki. Za bardzo przypomina mi to Remigiusza Mroza. Okazuje się, że chyba jednak nie miałam racji.

Myliłam się

Jak czytacie, że autor otrzymał pięć razy nagrodę im. Zajdla to nie zapala się Wam lampka? Albo, że wydał w ciągu ośmiu lat pięć powieści? Bo mi owszem, zapala się, taka wielka migająca ostrzegawcza lampa. I omijam wtedy takiego autora łukiem szerokim. Jakoś tak mam, że nie ufam takim rewelacjom, za bardzo pachną mi Mrozem, Cherezińską i Ziemiańskim. Ale w końcu się poddałam.

Będąc ostatnio w bibliotece wzięłam do ręki Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ – Południe, i całe szczęście, że czasem mylę się aż tak. Panie Robercie zwracam honor i przepraszam za stawianie w jednym rzędzie z Ziemiańskim. Mea culpa.

Opowiadania robią robotę

Cały tom składa się z serii opowiadań, na Północy Imperium Meekhańskiego podążamy za Górską Strażą, na południu śledzimy losy pewnego mieszkańca pustynnych terenów. Jeśli ktoś pokochał Geralta w tomach opowiadań (Ostatnie życzenie, Miecz przeznaczenia), to Opowieści… są właśnie dla niego. Krótkie historie, które przedstawiają bohaterów, zwłaszcza część północna, wyraźnie inspirowana jest Wiedźminem, pełna jest polityki, potyczek, intryg. Pochłonęłam tą część bardzo szybko. Pochłonęłam i pokochałam.

Z południem niestety było gorzej. Im dalej w kolejne opowiadania tym trudniej było oprzeć się wrażenie, że jest bardziej przegadana, że to takie gadające głowy, które nie angażują mnie w ogóle emocjonalnie. Wagner co prawda funduje twist fabularny i chwała mu za to, bo na chwilę otrząsa czytelnika z odrętwienia, ale później znów wszystko oblepia ten południowy piasek pustyni.

Wszyscy jesteśmy Meekhańczykami!

Chwyćcie za tą książkę chociażby dla tego opowiadania. Wagner dostał za nie Zajdla w 2010 roku. I absolutnie mu się należało. Nie wiem czy czytałam gdziekolwiek tak plastycznie opisaną bitwę. Na pewno nie u G. Martina, może u Sapkowskiego, ale myślę, że w tym opowiadaniu widać cały talent autora.

Pudełkowa forma nadaje temu opowiadaniu poczucie, że słuchamy jakieś historyjki, wciąga nas w wir wydarzeń, pozwala usłyszeć konie, zbroje, syk wypuszczonych strzał. Po przeczytaniu tych kilkunastu stron czułam się autentycznie zmęczona, zupełnie jakbym to ja stała na barykadach skleconych z wozów i broniła uciekinierów przed koczowniczymi plemionami.

To nie jest arcydzieło

Nie ma co ukrywać, że Wagner nie odkrył Ameryki. Opowieści z Meekhańskiego pogranicza mają swoje wady – część północna roi się od komicznie długich nazwisk, w których autor z upodobaniem podwaja spółgłoski i tak powstają potworki pokroju Kenneth–lyw–Darawyt, Hawen Rycw, Onnala Og’Kal, Kan-Lawerr, nie mówiąc już o nazwach plemion czy bogów, które Wam odpuszczę. Trudno się to czyta, zwłaszcza kiedy ktoś ( tak jak ja), lubi czytać nazwy własne na głos żeby wiedzieć jak brzmią, jaka jest ich melodia. Czasem naprawdę ma się wrażenie, że Wagner uderzał czołem w klawiaturę i co wyszło to zostało.

Drugim problemem są bogowie. Niby prawdziwi, niby istnieli w historii wykreowanego świata, niby potężni, ale jacyś tacy… bezjajeczni? Mam nadzieję, że kolejne tomy trochę to wszystko wyjaśnią, bo to taki wątek trochę jakby dociśnięty na siłę. Bo gdyby wyciągnąć z tekstów opowiadań bogów i wysłać ich w kosmos to te historie nie straciłyby w ogóle.

Sama jestem zaskoczona, ale nie mogę się doczekać kiedy złapię kolejny tom. Zróbcie sobie przyjemność i sięgnijcie po Opowieści z meekhańskiego pogranicza.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *