Coco – pamiętaj mnie

Poniedziałkowy poranek. Jestem po odbyciu stresującej rozmowy o pracę. Wchodzę do kina, przy kasie kupuje normalny bilet (skończyła mi się już ulga studencka). Wchodzę do całkowicie pustej sali, zajmuję miejsce na samym jej środku. Zdejmuję płaszcz oraz kaszkiet (takie nakrycie głowy dla poważnych ludzi) i wyciągam paczkę chusteczek higienicznych. Nie, nie zamierzam onanizować się na bajce. Jestem na najnowszej animacji  Pixara i przygotowuję się do wzruszeń.

Rzecz jasna chodzi o Coco, a moja prewencja podyktowana jest doświadczeniami z poprzednimi filmami amerykańskiego studia. Tym razem akcja opowieści toczy się w Meksyku, co jest już zasygnalizowane  zmienionym motywem muzycznym widniejącym na tle logotypu producenta – wytwórni Walta Disney’a. Przywiązanie do detalu i warsztatowa perfekcja od pierwszego kadru, to znaki rozpoznawcze twórców Toy Story, nie inaczej jest tym razem. Ich  najnowsze dziecko zrodzone jest z elementów etniczych kraju kaktusa, gdzie trzonem fabularnym jest święto Dia de Muertos, czyli unikalnego w skali Świata obrzędu Dnia Zmarłych.

„Walcz o swoje” – Ernesto de La Cruz

Głównym bohaterem filmu jest chłopiec imieniem Miguel, który mieszka wraz z wielopokoleniową rodziną o długich tradycjach wyrabiania obuwia, lecz marzy o wielkiej karierze muzycznej. Na przeszkodzie w osiągnięciu celu Miguelowi staje rodzina, która przed laty z niewyjaśnionych przyczyn wyrzekła się jego prapradziadka, również muzyka. Odtąd wszelkie instrumenty, a nawet wzmianki o muzyce są w domu surowo zabronione. Bohater jednak sekretnie oddaje hołd największemu muzycznemu skarbowi narodowemu, czyli Ernesto de La Cruzowi i zgodnie z mottem idola,  wyrytym pod jego pomnikiem, Miguel sprzeciwia się rodzinie i wyrusza w pogoń za swoimi marzeniami.

Wszyscy święci balują w niebie

Klasyczne zawiązanie akcji nabiera  kościotrupich rumieńców Calaveritas (czyli tradycyjnych meksykańskich malowanych czaszeczek) wraz z wkroczeniem protagonisty do obcego świata. Miguel trafia do świata umarłych, gdzie towarzyszy mu jego wierny psiak o alegorycznym i wymownym imieniu Dante. Bohater przenosi się w zaświaty zamieszkiwane przez kościstych truposzy. Rezydenci tej krainy zgodnie z meksykańskimi wierzeniami żyją w niej tak długo, dopóki ktoś o nich pamięta na ziemskim padole. Miguel ,,walcząc o swoje” będzie musiał przełamać unoszące się od pokoleń nad jego rodziną fatum, przy okazji odkopując jej zapomniane i głęboko pogrzebane karty historii.

Świat Coco jest do głębi zanurzony w meksykańskim sosie kulturowym. Oprócz wspomnianych wcześniej festiwalowych przeuroczych szkieletów, pojawiają się też zapaśnicy Lucha libre, muzyka folkowa i… epizodycznie, nawet Frida Kahlo! (której wystawę prac można obecnie oglądać w poznańskim Zamku). W tym miejscu warto także oddać zasłużony ukłon w kierunku realizatorów polskiego dubbingu, którego warto wysłuchać choćby dla samego przejmującego występu Mariana Dziędziela.

Pixar przyzwyczaił nas do tego, że w swoich filmach porusza najcięższą tematykę w najbardziej nieoczywisty, ale przyjazny dla młodego widza sposób, z reguły wzbudzając  w nim (i przy okazji w jego rodzicach) pokłady najgłębiej skrywanych emocji. Poruszająca scena początkowa z Odlotu (2009), w której w dynamicznym montażu oglądamy punkty węzłowe historii kochającego się małżeństwa, gdzie jeden z małżonków odchodzi, a drugi musi nauczyć się żyć na nowo bez niego jest syntezą strategii artystycznej studia. Coco podobnie porusza wątek pamięci o bliskich i wielkiej siły spajającej rodzinne więzy, jaka się z nią łączy. Twórcy oryginalny koncept służący opowiedzeniu historii zaczerpują z tradycji kulturowej Meksyku, gdzie praktykowany jest zwyczaj pielęgnowania pamięci o zmarłych przodkach w domowych ołtarzykach. Oblicza  członków rodziny uwiecznione na zdjęciach zamyka się w ramkach, uniemożliwiając im tym samym możliwość ucieczki z naszej szwankującej i z czasem podupadającej pamięci.

„Simba, pamiętaj kim jesteś”

Wbrew pozorom Coco nie jest smętną podróżą  przez dziewięć kręgów piekielnych, wypełnioną refleksjami nad bolesnym przemijaniem. Jest za to doskonałą alternatywą dla prowadzenia dziecka na cmentarz w dniu Wszystkich Świętych, aby uczyć go w ten sposób o kruchości życia i kształtować jego tożsamość. W tym temacie Pixar jest niezastąpionym wykładowcą, opowiadającym ze swadą i dowcipem godnym najwymyślniejszych halloweenowych pranków. Wykładowcą, którego mądrości i kompetencjom można w pełni zaufać. Jednakże (czarny) humor nie przysłania powagi, a temat pamięci przodków i jej wielkiej, napędzającej do realizacji marzeń siły wybrzmiewa silnym głosem w trakcie seansu Coco, tak samo jak w innym klasyku wytwórni Disney’a – Królu Lwie (1994).

Życia krąg

Meksykański Dzień Zmarłych został pewien czas temu wpisany na listę niematerialnego dziedzictwa UNESCO, jako obchody wyjątkowe kulturotwórczo. Myślę, że Coco z kolei wstąpiło właśnie do panteonu nieśmiertelnych klasyków sygnowanych szyldem Walta Disney’a, ponieważ jest filmem wybitnym. I podobnie, w jak chwilę wcześniej wspomnianym przeze mnie arcydziele animacji, są w Coco sceny, które pozostaną we mnie na długo, bo już je oprawiłem w ramkę i postawiłem na odpowiednim, honorowym miejscu.

Moja ocena: 9/10

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *