Zawsze wybiorę żonę archeologa.

Nigdy nie ukrywałam swojego wykształcenia, ba! uwielbiam opowiadać o swoich studiach, o tym czym się zajmowałam, a czym niestety nie dane mi było zajmować się zawodowo. Pięć lat studiowałam archeologię, marzyłam o tym żeby zostać ojcem Indiany Jonesa (nigdy Indianą!), siedzieć w bibliotece, czytać mądre książki i pisać mądre książki. Niestety, jeśli chcesz rozbawić Pana Boga – powiedz mu o swoich planach, i tak jakoś wyszło, że na co dzień zajmuję się zupełnie czym innym. Ale sentyment do archeologii mam ogromny. Do archeologii i wszystkiego co z nią związane. Do żon archeologów też.

Agatho, Agatho!

Dopiero niedawno dowiedziałam się, że Agatha Christie wydawała także pod innym nazwiskiem – jako Mary Westmacott. Były to obyczajówki albo raczej romanse, które w żaden sposób mnie do siebie nie przekonały. Głównie dlatego, że to romanse i po prostu nigdy po nie nie sięgnęłam. Kto wie, może to błąd? W każdym razie, fakt o którym wiedziałam niemal od początku – Agatha Christie była żoną archeologa. Dla dzieciaka z podstawówki był to wystarczający powód żeby po jakąkolwiek książkę sięgnąć. Muszę dodać, że zawód wybrałam sobie bardzo wcześnie – byłam jednym z tych dzieciaków, które od najmłodszych lat wiedzą co będą robić w życiu, więc czytają i oglądają o tym ile się da i gdzie się da. Poważnie, najszczęśliwsza byłam zawsze w muzeach.

Agatha Christie/ dzikabanda.pl
Po raz pierwszy.

Pamiętam moje zdziwienie kiedy w encyklopedii znalazłam informację, że Christie nie żyje już od kilkudziesięciu lat, bo świat, który przedstawiała nie wydawał mi się aż tak odległy. Czy pamiętam pierwsze zetknięcie z jej książkami? I tak i nie – będąc sobą poleciałam do miejskiej biblioteki, i pamiętam doskonale, pani bibliotekarka kazała mi iść do działu dla dorosłych. W tej naszej małej miejskiej bibliotece książki dla dorosłych znajdowały się na innym piętrze. Wyobrażacie sobie jakie to były emocje? Nie dość, że wciąż miałam kartę tylko do działu dziecięcego to pozwolono mi zejść piętro niżej i poszukać w półkach. Czułam się jak Harry Potter w Dziale ksiąg zakazanych. I widzicie, normalne dziecko wzięłoby jedną książkę i uradowane pognało do domu. Nie ja. Ja pamiętam stos książek w czarnych okładkach z białymi napisami, na grzbietach były wielkie litery Agatha Christie. Pamiętam, że same okładki wywoływały u mnie dość dziwne emocje, powiedzmy, że nie były najpiękniejsze. Pamiętam z tego stosu trzy tytuły – NemezisDziesięciu MurzynkówMorderstwo w Orient Expressie. I o dziwo to te trzy książki zapadły mi najbardziej w pamięć.

Kiedy schematy przesłaniają fabułę.

Najbardziej w głowie utknęłam mi fabuła Dziesięciu Murzynków, choć teraz książkę można znaleźć pod innym tytułem – I nie było już nikogo. Pamiętam jak straszne wydawało mi się zamknięcie dziesięciu osób na odizolowanej wyspie, jak przerażający wydawał mi się ten wierszyk, na podstawie którego morderca „pozbywał” się kolejnych ofiar. Do dziś czuję gęsią skórkę na samą myśl. Nemezis za to było moim pierwszym spotkaniem  panną Marple. Za każdym razem kiedy pojawiała się w powieściach wyobrażałam ją sobie jako połączenie mojej babci z Hiacyntą Bukiet, i nigdy nie wiedziałam czy to jest straszne czy śmieszne. Natomiast w Orient Expressie Agatha przedstawiła mojego najmniej ulubionego detektywa wszech czasów – Herkulesa Poirot.

Hiacynta Bukiet / telemagazyn.pl

I wiecie co jest najgorsze w książkach Christie? Schemat. O ile powieści, w których nie pojawiają się ani panna Marple ani Herkules są w jakimś stopniu zaskakujące, o tyle cała reszta po przeczytaniu zaledwie kilku staje się niestety przewidywalna. Można się śmiać, że to zawsze jest lokaj, ale to zawsze JEST lokaj. Na początku wydaje się, że Christie ze swoim pomysłem aby morderca była najmniej możliwie podejrzana osoba jest czymś nowym, świeżym. Ale nie jest. To znaczy jest tylko  czasem okazuje się, że wcale nie jest. Im więcej Agathy się czyta tym bardziej to staje się oczywiste. I męczące. Czytając Mężczyznę w brązowym garniturze byłam pewna jak skończy się książka.

I wtedy odłożyłam Agathę.

Wiecie myślę, że książki Christie są doskonałe na chwile. Na moment. To są takie dzieła, które są idealne dla nastolatków, którym się wydaje, że są już dorośli. Albo dla ludzi, którzy dużo jeżdżą pociągami. Dlatego jeśli mam wybór to zawsze wybiorę żonę archeologa ponad kryminał, który jest niepewnym strzałem.

A dlaczego o tym wszystkim piszę? Bo zobaczyłam na plakatach przepięknego wąsa na twarzy Kennetha Branagha i cudowny uśmiech Leslie Odoma. Więc tak, trochę się cieszę na nową ekranizację Morderstwa w Orient Expressie, ale trochę jestem rozczarowana, że tam też wcisnęli Johnny’ego Deppa. Zupełnie jakby nie wystarczyło, że będę zmuszona patrzeć na niego w Fantastycznych zwierzętach. 

Kto wie, może jednak wrócę do tej książki przed seansem?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *