Rzecz o łamaniu zasad – show, don’t tell.

dnia

Łamanie zasad w literaturze przyjmuję z otwartymi ramionami. Uwielbiam kiedy autor próbuje nowych rzeczy, kiedy stara się zrobić coś nowego. Pamiętam jakie wrażenie zrobił na mnie Gnój. Właśnie z tego powodu. I dlatego też bardzo lubię retelling, zwłaszcza w fantastyce. W jakiś sposób urzekają mnie próby innego spojrzenia na znane i popularne klisze, schematy, bajki. Ale jest jedna zasada, której łamania nie potrafię wybaczyć.

Show, don’t tell.

To taka zasada, którą wpaja się wszystkim młodym i początkującym pisarzom. Zresztą nie tylko pisarzom – scenarzystom, reżyserom – każdemu, kto tworzy obrazy o emocjach. To taka zasada, która jest TĄ zasadą, nie ma od niej odstępstw, bo inaczej lądujemy z babolem, którego nikt nie chce czytać. Dlaczego? Ano już się tłumaczę.

foto: http://visualcreatives.com

Po latach zapisałam się wreszcie, i przyznaję to ze wstydem, do biblioteki. Trochę wynika to z mojego obsesyjnego kupowania książek, a trochę z lenistwa. Niestety, co raz częściej odczuwałam fizyczność moich fanaberii zakupowych, więc brak miejsca na kolejne książki, które po przeczytaniu okazywały się nie wartymi nic zakupami, postanowiłam przerzucić się na wypożyczanie.

I oczywiście, że wylądowałam w dziale z fantastyką, polską dodajmy, z mocnym postanowieniem znalezienia powieści napisanej przez kobietę, która to powieść zaprzeczy temu co pisałam niedawno. W ręce wpadło mi kilka tytułów, ale dziś o jednym, który jak na razie męczy mnie bardzo i wiele mam mu za złe.

Morze. Wielki Północny Ocean.

Dlaczego w ogóle wzięłam się za książkę Katarzyny Szelenbaum? Bo z tyłu okładki ktoś napisał:

„Powieść koncentruje się na doznaniach i przeżyciach głównego bohatera, jego relacjach z innymi ludźmi i – co najistotniejsze- jego kształtującym się sposobie odbierania świata. Mówi o niekompletności bytu ludzkiego, o jego mentalnym i duchowym kalectwie.”

foto: https://www.ceneo.pl/20319081

Pomyślałam – czad! Fantastyka, w której nikt nie biega z mieczem, nie ma magii, nie ma innych fantastycznych rzeczy? Któż by nie chciał. Tylko, że to wcale nie jest tak.

Uprzedzam lojalnie – jeszcze tej książki nie skończyłam, choć niestety obawiam się, że to nie nastąpi wcale. I powodów jest kilka, jednak najważniejszy jest właśnie ten z pierwszego akapitu – show, don’t tell.

Katarzyna Szelenbaum stworzyła świat, Eskaflon, z jego własną wewnętrzną logiką, co się chwali. Bardzo ta logika podobna do naszego wczesnego średniowiecza, więc jest ten świat w jakiś sposób nam bliższy. Szybko możemy się w nim odnaleźć, w jego zależnościach, w powinnościach poszczególnych jednostek. I dzięki bogom, bo Szelenbaum nie traci czasu na przestawienie swojego świata, nie dowiadujemy się nic, na przysłowiowe dzień dobry, zostają nam rzucone dwa prologi, do tego strona z odwrotnym zapisem jakiegoś zdania i jeszcze na to wszystko cytat z księgi Koheleta.

A potem dzieją się rzeczy.

A jak dzieją się rzeczy to zaczynają się problemy. Autorka dużo energii poświęca na to, aby opisać nam jak bardzo nieszczęśliwym dzieckiem jest główny bohater – Rin. I właśnie, już na początku show, don’t tell zostaje wyrzucone przez okno. Przez ponad 50 stron jesteśmy atakowani opisami tego jak Rin ma w domu źle, jak ojciec go nie szanuje, jak ciężki los zsyła mu tylko kopniaki, zadaje cios za ciosem. Opisy. Wszędzie opisy tego jak Rin czuje się pomiatany, jak Rinem ktoś pomiata, jak Rinowi dzieje się krzywda, ale Rin nie reaguje.

Najczęściej powtarzanym opisem dotyczącym głównego bohatera jest to jak zimne i puste miał oczy, albo też jak lodowaty miał wzrok. Opcjonalnie jest też wersja z nieruchomą twarzą. Najczęstszą czynnością Rina jest wykonywanie poleceń innych.

I to jest ogromny problem. Rinowi wydarzenia się przytrafiają. Rin przemieszcza się z miejsca na miejsce, bo ktoś mu kazał. Rin robi coś, bo ktoś mu kazał. Potem następuje kolejny opis, tego jak to Rin nic nie czuje albo/lub czuje pustkę. I nic więcej. Nic z tego nie wynika. Nic się nie zmienia (poza lokalizacją). Bohater ani się nie rozwija, ani nie wiemy co tak właściwie myśli. Dialogi, jeśli już się pojawiają są złe (ilość wielokropków w pojedynczym dialogu woła o pomstę do nieba). Opisy opisów poganiane opisami, niestety nie są one w części opisami z Nad Niemnem. Autorka sama nie wie jakiego języka używać – z jednej strony dostajemy zachód słońca w wersji z świat kąpał się w krwistej czerwieni okręgu, unoszącego się tuż nad połacią pól, a z drugiej mamy dialog, które wyglądają tak

– Jaka szkoda – powiedział, nie odrywając tęsknego spojrzenia od przepływających chmur. – Lada chwila się rozstaniemy, a …

Nie skończył, potrząsając lekko głową. W pewnej chwili obrócił ją i spojrzał z ukosa na nieruchomego i jak zwykle obojętnego chłopca i uśmiechnął się szerzej.

-Wiem, że się nie zgodzisz – zaczął przedziwnie łagodnym głosem – ale czy nie zagrałbyś ze mną w karty?…

 Wszystkie kropki i przecinki są oryginalne.

Widzicie jaki tu jest problem? Z jednej strony dostajemy show, don’t tell, które sugeruje nam jakieś emocje, ale napisane są one w bardzo prostacki sposób. Z drugiej, zamiast przedstawić nam świat, z którym przyszło się Rinowi zmierzyć, autorka woli traktować czytelnika jak półgłówka i opisać mu wszystko, tak na wszelki wypadek jakby się miał nie domyślić, że Rin ma w życiu źle.

Hyperion

Bo żeby opisywać świat to trzeba wiedzieć po co się to robi. Hyperion Simmonsa jest tego świetnym przykładem. Tam wiele rzeczy opiera się tylko na opisie – wydarzenia przeszłe, emocje, to co otacza głównych bohaterów. Ale Simmons robi to w jednym celu – żeby czytelnik poczuł się obcy w stworzonym świecie. Żeby czytelnikowi było niewygodnie, żeby nie mógł do końca poczuć świata stworzonego przez autora. Taki zabieg sprawia, że czytelnik, mimo że mu bardzo niewygodnie w takiej pozycji – chce wiedzieć. Chce zrozumieć. W Hyperionie (polecam wszystkim z całego zimnego serca!), wszystko jest takie jak Chyżwar – kłujące i niewygodne. W Wielkim Północnym Oceanie też jest mi niewygodnie, ale z zupełnie innego powodu.

Katarzyna Szelenbaum łamie reguły, ale niestety łamie nie te co trzeba. Czechow miał rację, bo i trudno kłócić się z kimś, kto napisał Wujaszka Wanię.

foto: pinterest

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *