Kobiety dla kobiety.

Jakiś czas temu, znajomy zarzucił mi, że ja z założenia nie lubię bohaterek kobiecych w książkach fantasy. Zrobiło mi się smutno i źle, i aż musiałam przystanąć i przemyśleć, bo co jeśli miał rację? Przecież po spotkaniu z Cherezińską (o której kiedyś muszę wreszcie coś napisać) i Ziemiańskim każdy ma prawo wątpić.

Kobiety badassy.

Nie ma co udawać, że jest inaczej – kobiety w fantastyce występują najczęściej (niestety) w dwóch wersjach – seks bomba, piękna, gładka, co to wszystko załatwia za pomocą biustu i dolnej części pleców, i te, które stają się mężczyznami – biegają z mieczem, biją się po karczmach i klną jak szewce. Nie czarujmy się, że to postaci, które służą głównie męskiej części czytelników. I trudno, tak jest (patrz Ziemiański… to w sumie zaczyna przypominać swoistą vendettę), bo ktoś chce to czytać, a skoro ktoś chce czytać to ktoś to pisze. Zamknięte koło.

I tu zaczyna się mój problem – będąc dziewczęciem lubującym się w fantastyce, trudno mi znaleźć postać kobiecą, z którą mogę się związać emocjonalnie. Przez większość czasu, stety czy też nie, moje emocje krążą raczej koło tych męskich protagonistów – Jon Snow, Geralt, Jamie Lannister czy Ron Weasley. I zastanawiam się czy to nie jest problem tego, że jeśli kobiety w fantastyce występują to w większości pisane są przez facetów. A skoro pisane są przez mężczyzn to i dla mężczyzn. To tak trochę jak pisać o miłości, tej wielkiej, prawdziwej, mając doświadczenie zakochanej trzynastolatki – no niby się wszystko zgadza, ale przecież wiemy, że życie weryfikuje wiele naszych przekonań.

Ciri, fanart // foto: www.wallup.net

Czy to źle, że faceci piszą o kobietach – skądże! Źle jest, że kobiety nie piszą o kobietach! Albo robią to tak jak Cherezińska w Sadze Sigurn. Oczywiście, że od każdej zasady jest chwalebne odstępstwo, a bardzo bym chciała żeby te odstępstwa wydarzały się częściej!

WYBORY

Dlaczego zawsze wybiorę Sansę a nie Ciri? Albo Yennefer zamiast Sigurn? Czemu wolę kobiety, które są mniej popularne, które wielu uważa za irytujące, drażniące i nudne? Chyba właśnie dlatego. Różnica pomiędzy Ciri i Sansą jest wielka, niczym różnica między Trumpem a Obamą. Co prawda są prawie rówieśnicami, obie lądują w sytuacjach, do których nie są w ogóle przystosowane, to jednak przez cały czas obu sag, kibicuję Sansie dużo bardziej niż Ciri. Ba! czytając Wiedźmina po raz  kolejny zdarzało mi się omijać rozdziały, w której mała wiedźminka idzie przez świat.

Sansa Stark, fanart // foto: www.hubpages.com

Oczywiście, mogłabym teraz rzucić banałem, że przecież każda dziewczynka marzy żeby zostać księżniczką czy czarodziejką, dlatego bliżej mi do Sansy i Yennefer. I będzie to krzywdząca bzdura, bo to przecież Hermiona zawsze była moim wzorem – a to przypadek daleki od królewny w wieży jak tylko się da. Różnica między tymi kobietami polega na tym, że jedna uważa przemoc za wyjście z każdej sytuacji, podczas gdy druga uczy się rozwiązywania problemów bez brudzenia sobie rąk.

I brzmi to okrutnie, ale zdecydowanie bardziej wolę inteligentną manipulację niż okrutne machanie mieczem. Wolę próbę przetrwania sytuacji niż obarczanie winą całego świata dookoła. Wolę chłodną kalkulację niż gorączkową rąbaninę. Jednak w jednym te dwie postaci się spotykają.

Rodzina

We wszystkich znanych mi przypadkach to jest coś co jest cechą nadrzędną prawie każdej kobiety w fantastyce – rodzina. Jest motorem zmian, motorem który napędza do działania, do przetrwania. Yennefer – yup, Eowena – yup yup, Cersei? Też. I nie mówię tu o Y/A, bo to są akurat serie książek, które mają trochę inną robotę do wykonania i wiadomo, że tam to raczej motorem napędowym jest książę na białym koniu albo inny dwunożny przedstawiciel przeciwnej płci.

A wiecie co mi się marzy? Taka bohaterka, którą zupełnie nie interesuje rodzina, która zupełnie nie chce się rozmnażać, mieć dzieci, która nie odczuwa potrzeby ochrony honoru swojego ojca, matki, dziadka. Chce mi się kobiet, które walczą o coś więcej, chce mi się Aragornów w spódnicach, Frodów (?) w szpilkach. Chce mi się kobiet, które są nieładne i nie potrafią walczyć, ale idą na front. Chce mi się Milv i Angoulême. Chce mi się postaci, które są kobiece do bólu, które rodząc dzieci knują spiski. I chcę żeby to pisały kobiety.

Marzę, że coraz więcej autorek przestanie odczuwać potrzebę zmiany swoich bohaterek w te dziwne hybrydy półmężczyzn, że wreszcie pisarki fantastyki przestaną czuć presję tworzenia kolejnej Achai, Lady Jessiki czy Lessy. I choć z całego serca nie znoszę Cersei to marzą mi się kobiety takie jak ona.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *