Dunkierka – zdążyć przed Panem Bogiem

Jak każdy spóźnialski nie cierpię się spóźniać. Nie znam gorszego lęku niż lęk, że ominie mnie coś wartościowego, czego miałbym potem gorzko żałować. Dunkierkę, najnowszy film Christophera Nolana postanowiłem zatem obejrzeć na pokazie przedpremierowym. Na dodatek przychodząc na niego punktualnie, czyli w warunkach multipleksu, blisko pół godziny przed czasem. Za swoje nietuzinkowe praktyki zostałem przez reżysera skarcony z wielkim okrucieństwem.

Pan Tik – Tak

Powodem tego jest znana nolanowska fascynacja czasem oraz jego upływem, która tym razem została doprowadzona do ekstremum. Dunkierka nie jest pierwszym dziełem w dorobku reżysera, które zostało skonstruowane na wzór tykającej bomby zegarowej. Nolan wraz z Hansem Zimmerem stworzyli nierozerwalny tandem, z perwersyjną pasją grający na strunach nerwowych widza. Ich strategia twórcza jest prosta i polega na odpowiednim montowaniu ujęć i ich skracaniu, wraz z przyspieszaniem akompaniującej im muzyki. Reżyser jest zegarmistrzem, który odmierza i dozuje prędkość przesypywanych w dramaturgicznej klepsydrze ziarenek piasku. W tym filmie obaj panowie pokazują, że osiągnęli mistrzostwo w swoim fachu.

Foto: IMDb

Na lądzie, na morzu i w powietrzu

O fabule Dunkierki pisać jest trudno, ponieważ jest ona szczątkowa. Opowiada historię kilku żołnierzy i cywilów uwikłanych w Operację Dynamo – wielką ewakuację Brytyjskiego Korpusu Ekspedycyjnego i sił alianckich, broniących na przełomie maja i czerwca 1940 roku ostatniego wolnego przyczółka okupowanej przez Nazistów Francji. Opowiada, klasycznie już dla tego reżysera, prowadząc równolegle ich wojenne ścieżki. Obserwujemy czasowe splątanie pilota RAF-u, cywila angażującego siebie, swojego syna i jednostkę w ewakuację oraz dwóch żołnierzy piechoty próbujących uciec z lądowego piekła na pokładzie niszczyciela.

,,[…]Nie pędź tak, proszę, daj odpocząć.”

Rozbicie losów bohaterów na wodę, morze i powietrze przywodzi na myśl kampanie z Call of Duty, ale wbrew pozorom nie służy ono nadaniu całości epickiego rozmachu. Dunkierka, jak na standardy świetnie zrealizowanego kina wysokobudżetowego (jakim niewątpliwie jest) jest filmem zaskakująco kameralnym. Bohaterowie przeważnie uciekają przed zagrożeniem, pędzą na ratunek, bądź walczą o cenne sekundy. Dialogu w filmie jest niewiele,a dylematy moralne protagonistów rozgrywają się błyskawicznie, niczym scenki QTE (Quick Time Events) w grach video. Nie dają chwili na złapanie oddechu i zastanowienie się.

Foto: IMDb

Ogień na morzu

Dunkierka jest obrazem, jak na standardy dość klasycznej historii wojennej, bezkompromisowym. Od strony formalnej film jest niemal ćwiczeniem montażowym rozciągniętym do pełnego metrażu. W opozycji do popularnych serii strzelanek osadzonych w realiach wojny, film nie epatuje przemocą i nie sili się na tani patos, jak Przełęcz Ocalonych. Nie ukazuje również zgrozy pożogi wojennej z brutalną dosłownością, wzorem Wołynia. Nie ma w nim miejsca na heroiczne czyny i setki headshotów zasadzanych wrogom z bogoojczyźnianym okrzykiem na ustach. Co więcej, nie ma tu miejsca nawet dla samych Nazistów. Liczy się tylko szaleńczy pęd ku życiu i przetrwanie, napędzane przez lęk, który nie ma nic wspólnego z tchórzostwem. Postawa ta przybliża obrazy ewakuowanych, tęskniących za Albionem żołnierzy do uchodźców dobijających do brzegów Europy. Odwracając cytat z gen Pattona: celem wojny nie jest sprawienie, żeby tamci skurwiele umierali za swoją ojczyznę, tylko, żebyś ty nie umarł za swoją.  Humanitarne przesłanie płynące z Dunkierki dodaje filmowi wartości i sprawia, że jest on bodaj najbardziej autorskim dziełem w dorobku reżysera.

Moja ocena: 8/10

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *