20 najgorszych filmów 2017 roku

Rok 2017 był wyjątkowo udany dla kina. Niestety, nic nie jest idealne i zawsze znajdą się produkcje o których wolelibyśmy zapomnieć. Z tej okazji sporządziłem listę top 20 najgorszych filmów 2017 roku.

Podkreślam, że jest to wyłącznie moja subiektywna lista, Wasza opinia dotycząca każdego z poniższych tytułów może być kompletnie inna i jest to jak najbardziej zrozumiałe. Mam nadzieję, że nikt nie poczuje się urażony którymkolwiek z zamieszczonych poniżej filmów, oraz moim komentarzem. Podejdźcie do tego z pewnym dystansem. Zdaję sobie też sprawę, że pominąłem wiele głośnych pozycji, ale niestety nie zawsze dysponuję czasem na oglądanie każdego filmu.

Foto: Collider

20. Assassin’s Creed

Assassin’s Creed miał potencjał na pierwszą, naprawdę dobrą adaptację gry. Wszystko teoretycznie gwarantowało sukces – ciekawy materiał źródłowy, wsparcie ze strony studia Ubisoft, duży budżet, ambitny reżyser (Justin Kurzel) i świetna obsada (Michael Fassbender, Marion Cotillard, Jeremy Irons). Widać wyraźnie, że twórcy chcieli wiele osiągnąć, ale niestety się przeliczyli. Przede wszystkim kompletnie minięto się z sensem gier. Pierwowzór opierał się na eksplorowaniu miast z najróżniejszych epok historycznych, wspinaniu się po budynkach, walkach na miecze i misjach skradankowych. Co w takim razie dał na film? Długie, nudne dyskusje pełne filozoficznego bełkotu i przekombinowaną intrygę w zamkniętych pomieszczeniach w czasach współczesnych. Wszelkie sekwencje znane z gier stanowią jedynie mały dodatek.

Na siłę starano się przerobić Assassin’s Creed na dzieło ambitne, a wyszła z tego nudna wydmuszka. Film jest nieznośnie nadęty, pretensjonalny z absurdalną fabułą i drętwymi postaciami. Bohaterowie nie wzbudzają sympatii, nie posiadają żadnych cech charakteru i nie pomagają w tym występy wybitnych aktorów. Może nie najgorsza adaptacja gry, ale zdecydowanie jedna z najnudniejszych.

Foto: HD Wallpapers

19. Pierwszy śnieg

Sytuacja podobna do Assassin’s Creed. Znowu mamy do czynienia ze zmarnowanym potencjałem – ciekawy materiał źródłowy (bestseller uznanego pisarza, Jo Nesbø), utalentowany reżyser (Thomas Alfredson) i świetna obsada (ponownie z Michaelem Fassbenderem w roli głównej). Ponownie mamy do czynienia z nudnym jak flaki z olejem filmem z przekombinowaną fabułą. Tym razem jednak wpadki narracyjne i scenariuszowe wynikają z ogromnych problemów na planie. Jeśli wierzyć doniesieniom, tylko 80% zdjęć została ukończona – co pewnie przyczyniło się do licznych, pourywanych i chaotycznie poukładanych scen i wątków. Film nie wzbudza emocji – bohaterowie są nieciekawi, intryga nie angażuje, a tempo jest bardzo nierówne.

Mamy do tego masę kuriozów pokroju fatalnego CGI, zdubbingowanego Vala Kilmmera (który wygląda jakby miał umrzeć w każdej sekundzie), najgorsze finalne starcie i najbardziej bezsensowny epilog w historii thrillerów. Naprawdę szkoda, bo zdjęcia prezentują się naprawdę okazale, a Michael Fassbender robi co może w swojej kiepsko napisanej roli.

Foto: WP Film

18. Babskie wakacje

Jaki był w ogóle pomysł na ten film? Zaczyna się jak zwykła komedia na poziomie dowcipów o blondynkach, nagle przeobraża się w jakiś kiepski pastisz kina przygodowego, a gdzieś w trzecim akcie decyduje się na moralitet wartości rodzinnych. Najnowszy film Jonathana Leviego (twórcy niezłych komedii, takich jak Pół na Pół, albo Wiecznie Żywy) jest pozbawiony jakiegokolwiek kierunku. Wygląda zupełnie jakby twórcy w krótkim czasie musieli nakręcić jakąś komedię i próbowali pośpiesznie stworzyć cokolwiek.

To po prostu zbiór mało kreatywnych gagów, które nie składają się na spójną całość. Humor zmienia się z sceny na scenę – raz mamy mało błyskotliwą parodię kina przygodowego, raz mamy absurdalną czarną komedię, dowcipy przeskakują od łagodnych do wulgarnych itd. Większość scen nie ma nawet żadnego znaczenia dla fabuły. Brakuje pomysłów. Nawet jeżeli jesteście fanami mało wymagającej rozrywki, będziecie pewnie żałowali tych wakacji.

Foto: Monolith Films

17. Chata

Chrześcijańska pasza jakich ostatnio wiele, tym razem z paroma znanymi aktorami (Sam Worthington, Olivia Spencer, Tim McGraw). Film stara się poruszyć pytania natury Boga. Czy naprawdę istnieje? Jeżeli tak, to dlaczego dopuszcza się do tylu cierpienia i niesprawiedliwości? Chata próbuje odpowiedzieć na trudne pytania, jednak idzie po najmniejszej linii oporu. Wszystko bagatelizuje, tłumaczy w mało odkrywczy i banalny sposób. Dramat który przeżywa główny bohater jest poprowadzony byle jak (nigdy nawet nie poznamy tożsamości i motywacji sprawcy tragedii). Film jest pozbawiony jakiejkolwiek subtelności – stara się wzruszać wyniosłą muzyką i zbliżeniami na oczy, podczas rozmów o niesprawiedliwości widzimy wizualizację aktów przestępczości na świecie (w jakimś dziwnym okienku nad bohaterami, co przypomina produkcje telewizyjne z przełomu lat 80/90), a film zaczyna się i kończy patetycznym monologiem.

Cały świat przedstawiony w filmie wygląda bardzo sztucznie, nikt nie zachowuje się jak człowiek w normalnym życiu. Raj który odwiedza główny bohater wygląda kiczowato, infantylnie, jak z bajki na dobranoc. Twórcy starają się nieudolnie uwspółcześnić wizerunek Trójcy Świętej nadając jej odrobinę człowieczeństwa i luzu – Bóg (Olivia Spencer), Jezus (Avraham Aviv Alush) i Duch Święty (Sumire) mają zmienioną rasę, a nawet płeć, robią kawały, dowcipkują, tańczą do współczesnej muzyki. Miało być rozczulająco i sympatycznie, a wyszło niezręcznie. Do tej Chaty lepiej nie zaglądać.

Foto: IndieWire

16. Geostorm

Za najnowsze widowisko z Geraldem Butlerem odpowiadał niejaki Dean Delvin, czyli scenarzysta większość filmów Rolanda Emmericha (zgadza się, jego filmy miały jakiś scenariusz). Geostorm wygląda jak relikt minionej epoki – absurdalne kino katastroficzne z elementami science-fiction, które spóźniło się przynajmniej o 20 lat. Film wychodzi z absurdalnego pomysłu z ogromną stacją kosmiczną kontrolującą pogodę i z podstarzałym królem Leonidasem w roli najwybitniejszego naukowca.

Zwiastuny zapowiadały największą rozwałkę, a tymczasem wszystkie najefektowniejsze sceny pochodziły z trzeciego aktu. Debiut reżyserski Dean Delvina posiada wszystko co w latach 90 najgorsze – masę tandetnego patosu, archetypiczne postacie (na czele z Edem Harrisem w roli Eda Harrisa), mdły dramat rodzinny, kiczowate one-lineary („Marry her”), absurdalną rozwałkę miast i masa przestarzałych schematów (jak pożegnanie się z aresztowanym antagonistą za pomocą uderzenia pięścią w twarz). Geostorm budzi uśmiech politowania. Jeżeli tęsknicie za guilty pleasurowym kinem katastroficznym, lepiej zrobić powtórkę ze starszych filmów Rolanda Emmericha. Z dużej chmury mały deszcz.

Foto: IMDb

15. Baba Jaga

Babie Jadze mam wiele do zarzucenia – kiepski scenariusz, aktorstwo, realizację – jednak jego największym grzechem jest brak wyobraźni. Można byłoby pomyśleć, że skoro twórcy opierają się na słowiańskim folklorze to mają jakiś pomysł na film. Ale otrzymaliśmy kolejny odtwórczy, przewidywalny do bólu i najzwyczajniej nudny horror jakich wiele. Film najeżony schematami i wymuszonymi jumpscarami. Tytułowa Baba Jaga wygląda nawet nieźle (w końcu w postać wciela się Javier Botet), podobnie jak kraina z której pochodzi, ale poza tym nie ma absolutnie niczego co można byłoby zapamiętać. Nic więcej nie potrafię napisać, ponieważ jest to tak bardzo nijaki horror, że już niewiele pamiętam. Od tej Baby Jagi lepiej trzymać się z daleka.

Foto: Roger Ebert

14. Rings

Kolejny w tych czasach nostalgiczny powrót do kultowej marki… która powinna zakończyć się na części pierwszej (albo najlepiej na japońskim pierwowzorze). Rings jest typowym dla dzisiejszych czasów przykładem sequelo-reboota. Teoretycznie jest to kontynuacja, ale w praktyce otrzymujemy powtórkę z rozgrywki (tylko dużo gorszą). Cała fabuła znana z pierwszego The Ring została tutaj niemalże całkowicie odtworzona, tylko lekko przerabiając pewne nieistotne detale. Przeklęta kaseta zastąpiona filmikiem w Internecie, studnia grobowcem Samary, przybrani rodzice rodzicami biologicznymi itd.

Sceny, które mają nas straszyć są kiczowato efekciarskie, albo polegają na irytujących jumpscareach (jak np: podczas otwierania parasolu). Wszystko przebiega zgodnie z tym samym schematem. Od czasu do czasu na siłę próbuje zaskakiwać kiepskimi zwrotami akcji, które do niczego nie prowadzą, albo tylko psują pewne niedopowiedzenia z pierwszej części. Kiedy film wpada na jakiś ciekawy pomysł (organizacja specjalizująca się zdejmowaniem i nakładaniem klątw, końcowa transformacja) to szybko go urywa. Zaiste, ten film zabija… z nudów.

Sprawdź naszą recenzję.

Foto: The Hollywood Reporter

13. Guardians: Misja superbohaterów

Rosyjscy Avengers – brzmi jak dobra parodia, ale niestety, Guardians są wyłącznie tanią podróbką filmów superbohaterskich ostatnich lat. Mamy rosyjski odpowiednik organizacji S.H.I.E.L.D., Hulka, Magneto, Invisible Woman, kogoś pomiędzy Nightcrawlere i Zimowym Żołnierzem, a przeciwko nim złoczyńca będący mieszanką Banea i Electro. Fabuła to jeden, wielki zbiór klisz znanych z filmów Marvela i DC sprzed wielu lat. Efekty prezentują się dokładnie tak, jak można było się spodziewać po tego typu produkcji – na poziomie filmów klasy B.

Może się wydawać, że mamy do czynienia z filmem tak złym, że aż dobrym. W pewnych momentach tak jest, szczególnie na początku i na końcu. Niestety, przez większość czasu Guardians jest najzwyczajniej nudne, a nasza gromadka superbohaterów zamiast działać, przez większość czasu tylko siedzi i prowadzi długie ekspozycje. Film, który przed premierą wzbudzał całkiem spore zainteresowanie, teraz został całkowicie zapomniany (i słusznie).

Sprawdź naszą recenzję.

Foto: IMDb

12. Killing Gunther

Killing Gunther zapowiadany był jako zwykła, głupia komedia sensacyjna z Arnoldem Schwarzeneggerem. Niestety, wszystko co najlepsze (czytaj: nie wzbudzające kompletnego zażenowania) w zwiastunach znajduje się w samym finale filmu, wliczając w to występ byłego gubernatora Kalifornii. Cała reszta to absolutnie beznadziejna, amatorsko zrealizowana pseudo-komedia o bandzie frajerów, którym się wydaje że są zabawni.

Żarty prymitywne i przewidywalne, fatalne wykorzystanie konwencji mockumentu, oraz nuda wylewająca się z ekranu. Gdyby nie występ Arnolda Killing Gunther pewnie wylądowałby na czołowym miejscu. Ale przynajmniej dawny gwiazdor kina akcji ratuje niektóre gagi swoją charyzmą i dystansem do samego siebie. Niestety Arnold występuje tylko w ostatnich 30 minutach filmu, reszta seansu to niekończąca się męczarnia. Pierwsze 70 minut stoją na tak beznadziejnym poziomie, że nawet najwybitniejszy występ najwybitniejszego aktora w finale nie byłby w stanie ich wynagrodzić. Odradzam, nawet największym fanom Schwarzeneggera.

Sprawdź naszą recenzję.

Foto: Bloody Good Horror

11. Mumia

Studio wiązało wielkie plany z Mumią. To nie tylko reboot znanej serii (zarówno jeśli chodzi o gotyckie horrory z lat 30/40, jak i filmy przygodowe z Brendanem Fraserem), ale także film rozpoczynający Dark Universe – uniwersum potworów na miarę Kinowego Uniwersum  Marvela. Miał być hit, a wyszedł kit. Położono zbyt duży nacisk na budowanie uniwersum, zamiast na stworzeniu sensownego, angażującego filmu. Praktycznie połowa seansu jest nachalną, nudną ekspozycją świata Dark Universe, niezwiązana nawet z wątkiem głównym.

Gwoździem do sarkofagu było zaangażowanie Toma Cruisa. Aktor nie tylko fatalnie wyszedł w roli młodego (!), awanturniczego poszukiwacza przygód (w stylu Indiana Jonesa), ale także przyczynił się do jakości filmu – wielokrotnie wchodził w konflikty na planie i narzucał własną wizję. Alexowi Kurtzmanowi zależało na horrorze, a Cruisowi na kolejnym Mission Impossible i wyszedł z tego bezsensowny zlepek konwencji i stylów (potwór Frankensteina, kierując się terminologią horrorów Universal). Film przechodzi od skrajności w skrajność – raz próbuje być nieudolnie poważny, straszny, aby błyskawicznie przejść do czerstwej komedii i kiczowatego akcyjniaka. Próbował być wszystkim i ostatecznie jest niczym. Fabuła na dobrą sprawę nie skupia się nawet na Mumii, tylko na Tomie Cruisie, jego mięśniach i wyczynach kaskaderskich (co już popada pod autoparodię). Fabuła nie ma sensu, efekty rażą sztucznością, sceny akcji nudzą, humor żenuje, a postacie tylko irytują. Ta Mumia zdecydowanie nie powinna zostać przebudzona.

Sprawdź naszą recenzję.

Foto: Vod

10. Pakt krwi

Rok bez Nicolasa Cage rokiem straconym. Pakt krwi jest filmem klasy B z bezsensowną historią braci borykających się z psychopatycznym Nicolasem Cagem i jego gangiem. Aktor zawsze słynął z szarżowania, jednak tutaj przebił samego siebie. Wykorzystuje każdą sekundę swojego czasu ekranowego, każdy centymetr swojego ciała. Zawsze wpada w szał, histerię, wydając przy tym śmieszne odgłosy i strzelając dziwne miny – po prostu czysta poezja złego aktorstwa. Na równi z jego grą aktorską idzie kuriozalna charakteryzacja (z wyraźnie doklejonym nosem na czele). Najzabawniejsze jest to, że film mimo tych wszystkich idiotyzmów, wyraźnych braków budżetowych, traktuje siebie z pełną powagą, wręcz sili się na kino artystyczne w stylu Refna. Mamy tutaj przesycone filtry, pseudo-wysmakowane kadry, neony, minimalistyczną muzykę, fetyszyzację przemocy, a nawet elementy greckiej tragedii. Tytuł Pakt krwi okazuje się bardzo adekwatny. Próba obejrzenia tego filmu jest niczym zawarcie paktu, którego spełnienie będzie wymagało sporego cierpienia.

Foto: businessinsider.com

9. The Circle: Krąg

Serial Black Mirror odnosi sukces. Co można z tym zrobić? Oczywiście stworzyć podróbkę, ale tym razem w formie filmu kinowego, z paroma znanymi aktorami i skierowaną do młodzieży która nie zna pojęcia „subtelność”. The Circle: Krąg próbuje poruszyć problem wszechobecnych (i wszechmogących) social media. Twórcy niestety nie szanują inteligencji widzów, dlatego walą łopatą gdzie popadnie. Wszyscy bohaterowie zachowują się jak małe dzieci – są naiwni, niedorzeczni, a każdą oczywistą informację o mediach społecznościowych traktują jak prawdę objawioną. Fabuła jest absurdalna, a zachowanie postaci pozbawione sensu.

Film reklamuje się nazwiskami znanych aktorów (Emma Watson, Tom Hanks, John Boyega), ale większość z nich pełni trzecioplanową rolę. Wszyscy są maksymalnie drętwi, pozbawieni emocji i wyprani z jakiegokolwiek charakteru. Jednak najgorszy jest brak napięcia. Przez większość czasu nic absolutnie się nie dzieje, Emma Watson tylko idzie od sceny do sceny i wymienia się informacjami z NPCtami. Od czasu do czasu dochodzi do bardzo naciąganych i wymuszonych zwrotów akcji, które tylko śmieszą. Problem który porusza The Cricle jest prawdziwy, ale sprowadzony do takiego ekstremu, że trudno go w ogóle brać na poważnie. Twórcy chcieli odrzucić nas od social mediów, a jedynie odrzucili od oglądania filmu.

PS Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że The Circle jest adaptację książki Davea Eggersa. Co nie zmienia faktu, że sukces Black Mirror z pewnością zmotywował studio do wyprodukowania filmu.

Foto: Filmy Fantastyczne

8. Mroczna Wieża

Mroczna Wieża jest adaptacją bardzo oryginalnej serii książek Stephena Kinga z nurtu fantasy. Niestety film jest jego kompletnym przeciwieństwem. Fabuła to sztampa wałkowana w najróżniejszych produkcjach od lat 80. Mamy wątek chłopca-outsidera z problemami rodzinnymi i dziwnymi wizjami, elementy fish out of water, banalnego złoczyńcę który chce przejąć władzę nad światem itd. Mało tego,  Mroczna Wieża nie spełnia nawet podstaw kina przygodowego. Bohaterowie to zwykłe archetypy, nikt w trakcie podróży nie rozwija się, nie ma żadnej chemii, a nawet motywacji. W kinie przygodowym/fantasy liczy się element niezwykłości, ekscytacji, a jedynie co tu uświadczymy to Idrisa Elbę z rewolwerami włóczącego się z po pustkowiach. Jakiekolwiek potwor ukrywają się w ludzkiej postaci (nawet, kiedy nie jest to potrzebne), a kiedy już ujawniają swoją formę nic nie widać przez fatalny montaż.

Realizacyjnie przypomina produkcję telewizyjną – kraina fantasy ogranicza się do zwykłych pustkowi, efekty rażą tanim CGI, wiele braków budżetowych próbowano zakryć ciemnymi kadrami, a sceny akcji chaotycznie zmontowane. Jakby tego było mało, film non-stop odwołuje się do wydarzeń z książek niczego nie tłumacząc. Co chwilę padają terminy, przywoływane są wydarzenia z przeszłości, o których nowi widzowie nie będą mieli zielonego pojęcia. Najnudniejszy, najbardziej nijaki i pozbawiony sensu blockbuster tego roku.

Foto: Whats After The Credits?

7. Emotki: Film

Film fabularny o emotikonach – brzmi jak kiepski dowcip, ale niestety okazał się prawdą. Najnowsza produkcja Sony reprezentuje wszystko co najgorsze we współczesnych filmach animowanych. Animacje powinny charakteryzować się dużą kreatywnością i przekazywać uniwersalne wartości. Tutaj mamy marną imitację hitów z ostatnich lat, a konkretniej Ralpha Demolki i W głowie się nie mieści. Każdy wątek był wałkowany wiele razy – mamy motyw odrzuconego bohatera-indywidualisty, pojednania rodziny, wątek miłosny (?), comic relief, trochę nudnej akcji, a wszystko kończy się sekwencją taneczną. To nie tylko bezczelna kopia, ale także jeden, wielki product placement. Mamy reklamę Dropboxa, Candy Crush, Just Dance, YouTubea, Twittera i wiele więcej – bohaterowie odwiedzają wiele aplikacji i często chwalą się ich właściwościami.

Można czasem wiele wybaczyć głupiej animacji dla najmłodszych – odtwórczą fabułę, nachalną reklamę, ale nie żenujący, stworzony po najmniejszej linii oporu humor. Żarty polegają na bezsensownych (naprawdę bezsensownych) grach słownych i prostych skojarzeniach. Emotikona Poo (grana przez Sir Patricka Stewarta) jest pretekstem do żartów o kupie – i tak jest z całą resztą. Gagi są nie tylko mało pomysłowe, pozbawione sensu, co po prostu niesmaczne, opierające się na klozetowym humorze. Film niby skierowany do małych dzieci, ale nawet im odradzam seansu. Emotki: Film są po prostu szkodliwe – promują styl życia uzależniony od telefonów i komunikowania się wyłącznie za pomocą emotikonek. Kierując się poczuciem humoru twórców, ten film to jedno wielkie 💩

Foto: The Peoples Movies

6. XX

Nowela filmowa z interesującym pomysłem – cztery różne historie, wszystkie zrealizowane przez kobiety o kobietach w konwencji horroru. Nowela The Box miała początkowo ciekawy koncept (podobny i o niebo lepiej zrealizowany w Zabójstwie Świętego Jelenia), ale historia nie rozwijała się w interesujący sposób i kończyła się nagle, w połowie. The Birthday Party miała być w zamyśle czarną komedią, która zamiast śmieszyć tylko żenowała banałem, głupotą i brakiem sensu. Don’t Fall był zwykłym horrorem klasy B, przypominającym kiepską podróbkę Evil Dead. Her Only Living Son można określić jako nieoficjalną kontynuację Dziecka Rosemary, ale film nie rozwijał się w żaden ciekawy sposób. Wszystkie historie rażą amatorską realizacja, kiepskim aktorstwem, oraz brakiem jakichkolwiek emocji i pomysłów na rozwój. Wszystkie są pozbawione puenty, jakiegokolwiek przesłania, wartości. Jedynym pozytywnym elementem całego XX są psychodeliczne przerywniki zrealizowane w technice poklatkowej. Cztery różne historie, wszystkie jednakowo beznadziejne.

Foto: Filmweb

5. Porady na zdrady

Polska komedia romantyczna w najmroczniejszej postaci. Film tak do bólu sztampowy i kiczowaty, że można zastanawiać się czy nie mamy do czynienia z parodią. To komedia, która autentycznie bawi do łez, jednak nie gagami, tylko scenami które w zamyśle miały być romantyczne lub dramatyczne.

Cała fabuła to jeden wielki zlepek schematów doskonale znanych z komedii romantycznych, nie ma tutaj cienia kreatywności. Obcy ludzie przypadkowo wpadają na siebie (obaj młodzi i atrakcyjni)? Oczywiście się zakochują od pierwszego wejrzenia. Któraś ze stron skrywa przed swoją połówką sekret? Wyjdzie na jaw, dojdzie do kryzysu, ale spokojnie bo i tak wszystko skończy się happy endem. Cała fabuła idzie wg schematu, praktycznie każdy zwrot fabularny polega na niedorzecznych zbiegach okoliczności. Brakuje tutaj jakiegokolwiek wysiłku, zarówno na tle scenariuszowym, jak i artystycznym. Ścieżka dźwiękowa to zwykła składanka hitów lata z Radia RMF FM puszczana w losowej kolejności w losowych scenach. Cały film przypomina jedną, wielką reklamę – zarówno jeśli chodzi o product placement, jak i samą oprawę. Mam tutaj zarówno nachalne markowanie produktów („To nie parówki, to Berlinki” – autentyczny cytat z filmu), jak i pstrokatą, sterylną estetykę. Każda postać jest atrakcyjna i modnie ubrana, Warszawa składa się wyłącznie z miejsc turystycznych, a wnętrza wyglądają jak z katalogu mebli IKEA. Aktorzy maksymalnie drętwi, nie wykazują ani cienia emocji, beznamiętnie czytają swoje idiotyczne dialogi. Humor polega głównie na żenujących, wyrwanych z kontekstu scenach z udziałem Tomasza Karolaka (który oczywiście gra Tomasza Karolaka). Prawdziwa esencja polskiej komedii romantycznej.

Foto: Bloody Disgusting

4. Bye Bye Man

Niewiele jest oryginalnych horrorów. Twórcy Bye Bye Man wpadli na koncept, który mógłby być ciekawy, gdyby wiedzieli co w ogóle z nim zrobić. Tytułowy Bye Bye Man to przerażający typ w kapturze i wygenerowanym komputerowo psem, który doprowadza do szaleństwa każdego kto tylko usłyszy jego imię. Czym w ogóle jest Bye Bye Man i jego pies? Skąd się wzięli? Dlaczego robią to co robią? Czemu ma nas to w ogóle obchodzić? Film oczywiście nigdy na to nie odpowiada.

Aktorzy to jeden wielki stos drewna, któremu prędzej będziemy życzyli śmierci, aniżeli kibicowali. Realizacja to poziom produkcji telewizyjnej sprzed dekady. Efekty komputerowe rażą fatalnym CGI na kilometr. Żeby było zabawniej film próbuje szokować przemocą… ale w kategorii PG-13. Wszystko jest płytkie, banalne, infantylne, idiotyczne i pozbawione sensu. Hasło promocyjne brzmi „Nie myśl o tym” i dokładnie to radzę Wam zrobić w przypadku Bye Bye Man.

Foto: dailygrindhouse.com

3. Krucyfiks

Horror o egzorcyzmach. Na tym właściwie mógłbym skończyć. Od czasów pierwszego Egzorcysty żaden późniejszy film z motywem opętania nie miał niczego nowego do zaprezentowania. Każdy kolejny horror z tego nurtu robił się coraz bardziej odtwórczy, nudniejszy, aż w końcu doczekaliśmy się takiego gniota. Krucyfiks jest jednym z najbardziej oklepanych, nijakich i pozbawionych czegokolwiek horrorów ostatnich lat. Nawet Javier Botet rozczarowuje – jego postać jest kompletnie oderwana od reszty, a charakteryzacja tylko śmieszy.

Film pełen jest absurdów pokroju powszechnie znanej i doskonale opanowanej angielszczyzny w każdej rumuńskiej wiosce. Wszelkie jumpscary są przewidywalne i niepotrzebne. Sposoby w jaki twórcy starają się zbudować atmosferę grozy były już wałkowane tysiące razy i zrobione o niebo lepiej. Krzyżyk na drogę każdemu, komu przyjdzie mierzyć się z tym diabelskim pomiotem.

Foto: MovieWeb

2. Smakosz 3

Ten horror zawiódł mnie szczególnie. Poprzednie części Smakosza nie były wybitne, ale okazały się pozytywnym zaskoczeniem – posiadały interesującego antagonistę, wiarygodną parę bohaterów (pierwsza część), profesjonalną realizacją, oraz dobrze zbudowane napięcie. Trzecia część powstawała w bólach, długimi latami. Odpowiadała za nią niemal ta sama ekipa – Victor Salva na stołku reżysera i scenarzysty, Jonathan Breck w tytułowej roli. Zabrakło jednak producenta, samego Francisa Forda Coppoli i (co za tym idzie) budżetu. Wszystko co stanowiło o sile pierwszej i drugiej części przepadło. Ani przez moment nie czuć jakiegokolwiek napięcia. Tempo jest kompletnie rozbite, a sceny z udziałem Smakosza pozbawione pomysłu. Scenariusz wypchany nudnymi, bezsensownymi wątkami i postaciami, które niczemu nie służą, prowadzą donikąd i tylko spowalniają seans. Smakosz 3 wygląda tanio… bardzo tanio… bardzo, bardzo tanio. To praktycznie amatorska produkcja. Sceny akcji wyglądają żałośnie, dużo częściej opierają się na kiepskim CGI. Nawet rdza na ciężarówce Smakosza jest widocznie namalowana zwykłymi pędzlami.

Byliście podekscytowani cliffhangerem z drugiej części? Byliście ciekaw kolejnych łowów Smakosza po długich latach? Liczyliście na powrót postaci z poprzednich części? Twórcy pokazali nam wszystkim środkowy palec, a cały film okazuje się tylko prequelem drugiej części. Dlaczego? Czemu ta historia miała służyć? Dopiero końcowa scena ma miejsce w czasach współczesnych i zobaczymy przez moment Ginę Phillips z części pierwszej. Jak dużo ciekawszy byłby film, gdyby wszystko zaczynało się od tego momentu. Miało być zwieńczenie trylogii, a pozostał jedynie wielki niesmak.

Foto: Movies Room

1. Jak dogryźć mafii

Film który wywołał u mnie najwięcej negatywnych emocji, zadał najwięcej bólu. Jak dogryźć mafii to absolutny kres w karierze Brucea Willisa, niegdyś wielkiej gwiazdy Hollywood. Aktor, który kiedyś grał w największych hitach kinowych, teraz w wieku 62-lat jeździ nago na deskorolce, wkłada sobie pistolet w odbyt, albo ucieka w damskim przebraniu przed bandą transwestytów. Wiele zamierzchłych gwiazd kina akcji z lat 80/90 poniżyła się, jednak nikt tutaj nie dorówna Willisowi. To żałosna komedia, która opiera się na najbardziej prymitywnym poczuciu humoru – na wulgaryzmach, żartach o odbytach, genitaliach, obraźliwych stereotypach rasowych, seksualnych i narodowych.

Fabuła praktycznie nie istnieje, trudno tu nawet wypatrzeć jakikolwiek pretekst. Realizacja to kompletna amatorszczyzna, ostatnie grosze musiała pochłonąć gaża dla aktorów. Jak dogryźć mafii jest też niesamowicie nudny. Sceny akcji sfilmowany w najbardziej flegmatyczny sposób, tempo wlecze się niemiłosiernie. Przez większość czasu widzimy tylko starego, zażenowanego swoją rolą Brucea Willisa snującego się po planie. Ale aktor nie jest sam, bo razem z nim reputację psują sobie Jason Momoa i John Goodman. Jak dogryźć mafii? Raczej Jak zrujnować swoją karierę.

Sprawdź naszą recenzję.

Podsumowanie

Mam nadzieję, że nikt nie poczuł się obrażony wymienionymi przeze mnie pozycjami i komentarzami. Czy zgadzacie się z moją listą? Jakiego filmu zabrakło, albo jaki Waszym zdaniem znalazł się niesłusznie na mojej top liście? Zachęcam do komentowania.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *