19. MFF Nowe Horyzonty – relacja

“Kino, które dotyka” — tak brzmiało hasło tegorocznej edycji wymarzonego festiwalu każdego polskiego snoba filmowego, wróć, kinofila. To było moje pierwsze spotkanie także z Wrocławiem i rzeczywiście poczułem się “dotknięty”. Nie tylko naprawdę wysokim poziomem artystycznym i siłą emocjonalną wielu filmów, ale i urzeczony samym miastem (żałuję tylko, że nie dotarłem na żadne wystawy towarzyszące) i wyczerpany czysto fizycznie, bo przez 6 dni konsekwentnie maksymalizowałem ilość oglądanych filmów (do pięciu) i nie przegapiłem żadnej okazji, by poimprezować w klubie Arsenał. Wydawanie fortuny na driny, zagadywanie do “fejmów” ze strefy VIP, spanie po trzy godziny dziennie, pobudka przed 8.30, żeby wklikać rezerwacje — absolutnie mój żywioł.

Ale skupmy się na filmach, bo trochę ich było. Nie wstydzę się, że wcale nie tak rzadko kroczyłem ścieżką “hitów” z Cannes, Berlinale czy Wenecji. Ominęły mnie jednak doświadczenia czterdziestominutowych kolejek na Almodóvara do mitycznej sali nr 1, bo zwykle, jak dobry burżuj, wbijałem się na sekretne pokazy prasowe. 

Próbowałem trochę wszystkiego. Poznałem niezapomniany dźwięk masowo otwieranych puszek na pokazach “Nocnego Szaleństwa” (w tym roku “Mokrych Snów”, bo polecieli z klasycznymi erotykami, miast zwyczajowych B-klasowych horrorów), choć browary w kinie dla mnie jako bydgoszczanina nie są akurat niczym egzotycznym. Zajrzałem m.in. na retrospektywę Żuławskich, przegapiłem niestety pokazy pełnometrażówek Terayamy, ale jego odświeżony performance z wbijaniem gwoździ w ekran okazał się dla mnie i moich towarzyszy doskonałą terapią zajęciową. Sprawdziłem też dziwactwa z “Lost Lost Lost” i sekcji norwesko-islandzkiej (unikajcie “Du” Paula Tunge jak ognia!), a nawet zaryzykowałem z konkursem głównym, do których mam uraz po ostatnim Tofifeście, gdzie musiałem oblecieć cały z racji na obowiązki jurora. Ale tu nawet ciekawe rzeczy się trafiały, faktyczne nowe horyzonty.

Terayama: Performance // Foto: go.wroclaw.pl

Wielkie Nazwiska

Tak, widziałem już “Parasite” Bonga, tegorocznego laureata Złotej Palmy. Jest to reżyser, z którym bardzo się lubię (trochę mniej z jego anglojęzycznymi filmami, ale wciąż są super), bo przełamuje marazm w poetyce kina społecznego, które, jak udowadniają produkcje w rodzaju “Kafarnaum” Labaki, nadal nie wyrosło ze skostniałej tradycji neorealizmu i szantażu emocjonalnego. Koreańczyk pojechał po bandzie i zrealizował bardzo rozrywkową, ale też bardzo niejednoznaczną moralnie satyrę klasową w szatach czarnej komedii, dreszczowca, a nawet i filmu grozy. Reżyser nie demonizuje ani nie gloryfikuje nikogo, równo rozdaje ciosy, gra półcieniami, ale też nie zawaha się użyć groteski, jeśli trzeba. Bardzo otwarte i błyskotliwe kino środka, o którym równie dobrze można godzinami dyskutować w kręgach filmoznawców, jak i zabrać na niego całą rodzinę. Tylko zasłaniać oczy dzieciom w ostatnim akcie!

Almodóvar to nudziarz z kolei. W “Bólu i blasku” odkrywa autobiografizm w sztuce i że sześćdziesiątka to idealny moment, by spróbować heroiny. Jest to film poprawny w każdym aspekcie, miękka i nieinwazyjna obyczajówka, z trochę nierówno rozłożonymi akcentami narracyjnymi, dobrze zagrany (Banderas wciąż był lepszy w “Skórze”), ale nie wyróżnia się zupełnie niczym i wątpię, że ktokolwiek zapamięta go na dłużej.

Ból i blask // Foto: IMDb

Byłem zawsze nieco sceptyczny wobec twórczości braci Dardenne, ale „Młody Ahmed” z jakiegoś powodu mnie urzekł. Niby to, co zawsze: przyciężkawy dramat, zdawkowe dialogi, elipsy narracyjne, kamera z ręki etc. Jednak odczułem tym razem większą naturalność i uniwersalizm tej opowieści o dorastaniu, młodzieńczej tendencji do radykalizacji poglądów, co jest wypadkową potrzeby poczucia przynależności i przekonania o własnej wyjątkowości. Bardzo skromny i niezmiernie aktualny przekaz.

Nowy Dolan, niemal już zgodnie z tradycją, miał bardzo słabą prasę z Cannes. A mi się, kurczę, “Matthias i Maxime” nawet bardzo podobał, a zaznaczam, że nigdy nie byłem wielkim fanem twórczości Kanadyjczyka. Trochę się psuje pod koniec, ale to jest bardzo swobodnie, delikatnie poprowadzona opowieść o tym całym procesie, który przechodzi się od pierwszego zauroczenia, na które chce się machnąć ręką, przez mimowolne naśladowanie zachowań i dostosowywanie się do nawyków sympatii, po ostateczną akceptację łączącego was uczucia. Bez zbyt wielu typowych dla Dolana wolt audiowizualnych i egzaltacji, a z niezwykłą wrażliwością w podejściu do realnych sytuacji. związanych z wieloletnim życiem “w szafie” i pozostawaniem w heteronormatywnym związku; konsekwencją tychże dla najbliższych.

Matthias i Maxime // Foto: IMDb

Festiwalowych łowów ciąg dalszy

O skomplikowanych związkach opowiada też Carlos Reygadas w quasi-autobiograficznym, polaryzującym filmie „Nasz czas” z zeszłorocznej Wenecji. Meksykanin obsadza siebie, swoją żonę i dzieci w ciężkostrawnym slow cinema o trudach prowadzenia otwartego związku i zacieraniu się wzorców genderowych we współczesnym świecie. Jak ktoś lubi poetyckie ujęcia byków i  szlagiery progresywnego rocka, to mu się spodoba. Ja akurat lubię. Bardzo hermetyczne kino.

Widziałem też wielkiego zwycięzcę Berlina, “Synonimy” izraelskiego reżysera Nadava Lapida, który uważam już za absolutne must-see, bo jest najbardziej kompleksową, pękającą w szwach od kontekstów kulturowych i niesłychanie zabawną opowieścią o imigracji, asymilacji kulturowej i rozmywaniu się tożsamości. Koniecznie. Nie to co te rozczarowujące, powojenne smuty od Bałagowa — na “Wysoką dziewczynę” idźcie tylko jak jesteście masochistami, albo lubicie ładne kolorki i nastrojowe oświetlenie.

Wysoka dziewczyna // Foto: Variety

I w końcu zdecydowanie mój faworyt festiwalu, laureat nagrody za scenariusz w Cannes — “Portret kobiety w ogniu” Céline Sciammy. Rozpływałem się już nad nim w recenzji gdzie indziej, więc powiem w skrócie tyle, że jest to absolutnie rewolucyjne wywrócenie paradygmatu kina feministycznego, które równocześnie sprawdza się jako poruszający melodramat i refleksja na temat patriarchalnego dyskursu zakorzenionego w języku kina, jak i całej historii sztuki. Do tego jest to rzecz absolutnie powalająca od strony wizualnej, a kadry można nierzadko pomylić z malarskimi płótnami. I jak to jest zagrane! Mocny kandydat do mojego filmu roku.

Inne odkrycia

Wspomniałem już co nieco o konkursie głównym i choć nie udało mi się złapać zwycięzcy, “Przynęty” Marka Jenkina, to widziałem trzy bardzo różne tytuły. “Jessica Forever” to być może równocześnie najbardziej żenujący film festiwalu, jak i jeden z tych, które sprawiły mi najwięcej frajdy. Camp w najgorszym guście, przywodzący na myśl klasycznych “Power Rangers”, zmieszany z wygranym zupełnie na poważnie, młodzieżowym, egzystencjalnym angstem. Ble, ale co się pośmialiśmy, to nikt nam nie odbierze.

Portret kobiety w ogniu // Foto: MIFF

“Dzieci umarłych” to z kolei adaptacja powieści Elfriede Jedlinek, łącząca estetykę grindhouse’owego horroru o zombie z przełomu lat 60. i 70., filmu niemego (szerokie wykorzystanie plansz dialogowych i narracyjnych dla komicznego efektu), slapstickowej komedii i wątek austriackiego bagażu historycznego — od II wojny światowej do kryzysu uchodźczego. Szalona jazda, która traci impet gdzieś w połowie, ale pozostaje wyjątkowo oryginalnym, surrealnym eksperymentem debiutujących twórców.

W końcu “Ray & Liz”, czyli film, który po opisie zaszufladkowałem jako kolejnego przedstawiciela brytyjskiego kina społecznego spod znaku Leigh czy Loacha. Jeśli śledzicie moje inne teksty, to wiecie, że jestem zawsze mocno nagrzany na takie rzeczy, a tu czekało mnie pozytywne rozczarowanie. To bardzo intymna, pozbawiona teatralizacji forma wizualnego pamiętnika, albumu rodzinnego z taczerowskiej Anglii. W centrum pozostają problemy biedy, bezrobocia i alkoholizmu, dotykające tytułowych rodziców, jednak przyjmujemy perspektywę zahukanego chłopca, w ciszy obserwującego codzienne dramaty. Bardzo osobisty film dla reżysera, Richarda Billinghama, z wykształcenia malarza, z zawodu fotografa, który przeniósł niemal 1:1 najboleśniejsze chwile swojego dzieciństwa, tworząc przy okazji jeden z najbardziej wizualnie pamiętnych obrazów festiwalu.

Ray & Liz // Foto: Guardian

Poza konkursem odważyłem się też dać szansę kompletnie zmieszanemu z błotem w Berlinie nowemu filmowi Fatiha Akina, “Złotej rękawiczce”. Mówiło się, że to film odrażający, schlebiający najniższym instynktom, epatujący okrucieństwem i mizoginią. To wszystko niby prawda, ale też część bardzo przemyślanej strategii artystycznej. Niemiecki reżyser w swojej pieczołowitej rekonstrukcji brutalnych wydarzeń z lat 70. upodobał sobie naturalizm, ludzką brzydotę (grający Fritza Honkę Jonas Dassler to na co dzień śliczny chłopiec, a tu robi za Człowieka Słonia 2.0), tematy wykluczenia i nizin społecznych, tworząc nietuzinkową genezę sfrustrowanego seksualnie mordercy, któremu bardzo nie chcemy, a jednak współczujemy. Cudna scenografia, rewelacyjne aktorstwo i bezlitosny realizm, zachowany na każdym poziomie (duszenie człowieka naprawdę trwa ponad dwie minuty!). Zaryzykujcie, jak będziecie mieli okazję, może nie pożałujecie.

Nazwiska mniej znane

Mówiłem już o moich przyjemnych doświadczeniach z retrospektyw Żuławskiego i Terayamy, zaliczyłem też m.in. klasyka czeskiej nowej fali, “Walerię i tydzień cudów”, ale zaskoczenia, pozytywne i zdecydowanie negatywne, czekały mnie też ze strony osobistości prawie zupełnie mi do tej pory nieznanych.

Najważniejszym odkryciem “archiwalnym” dla mnie był dokument Kazuo Hary “Extreme Private Eros: Love Song”, opowiadający o życiu seksualnym byłej partnerki reżysera po rozstaniu. To znaczy z początku, bo potem są i awangardowe jazdy z formą, i dziesięciominutowa scena prawdziwego porodu, a film staje się unikalnym manifestem pro-macierzyńskich odłamów feminizmu. Jak to przeszło przez cenzurę? Było gorąco, obiektyw im zaparowało i wyszło nieostro. Ale widać i słychać dużo. I bardzo czuć. Ludzie także na moim seansie wychodzili z seansu, nie byli gotowi. Mocna rzecz.

Extreme Private Eros: Love Song // Foto: cleojournal.com

Nadrobiłem legendarne “Blue” Jarmana i jestem zdania, że w dobie wideoinstalacji, powszechnej multimedializacji przestrzeni muzeów i galerii sztuki, taki eksperyment, choć poruszający, średnio sprawdza się w tradycyjnym odbiorze kinowym. Polskie napisy dodatkowo przeszkadzają w kontemplacji tytułowego koloru. Trochę zawiodła też inna perła z odzysku, “Krzew jałowca” islandzkiej reżyserki Nietzchki Keene, w którym aktorsko debiutowała Björk. Popełniłem ten błąd, że przeczytałem wprzód źródłową baśń braci Grimm, więc wiedziałem, co się stanie i co ocenzurowali, bądź niepotrzebnie rozwlekli. Ładne, ale nudne i źle zagrane, zbyt przypomina studencką etiudę.

Nie znam w ogóle jeszcze twórczości Alberta Serry, ale jeśli miałbym uznać jego najnowszy film za reprezentatywny, to nie wiem, czy mam ochotę próbować. “Liberté” to przydługi, niedoświetlony pornos, który tyleż ma wspólnego z libertyńską tradycją de Sade’a, co z tekściarstwem Jamy Zła. Prysznice ze spermy, lizanie odbytu, rózgi, rzyganie do mordy itd. W skrócie: bezowocne szukanie nowych wrażeń przez francuskich szlachciców w XVIII wieku. Ziew.

Deerskin // Foto: Polygon

Ale “Deerskin” Quentina Dupieux (tego od “Morderczej opony”) to absolutna petarda. Nie zdradzam nic z fabuły, ale mój borze, to jest tak pięknie skonstruowana, choć przecież kompletnie niedorzeczna opowieść. Do tego niezły komentarz do kultury konsumpcjonizmu, nadmiernej wagi, jaką przywiązujemy do przedmiotów. Brzmi jak banał, ale przecież najlepsza poezja często jest nadbudową najbardziej prozaicznych myśli. I nawet kobitka z “Portretu kobiety w ogniu” tu hasa! Piękna i zabawna rzecz.

O czymś zapomniałem? Ano tak, Anna Odell powinna zostać zdelegalizowana.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *