Skorpion, który raczej nie ukąsi

Dwa tygodnie temu zakończył się trzeci sezon „Skoropiona” – to doskonała okazja, aby napisać trochę o serialu, który miał być super, ale coś nie wyszło.

Seriale kryminalne się sprawdzają, ale brakuje diamentu

CBS Television Studios, kompania założona w 2006 roku w skutek połączenia sił CBS Corporation, Paramount Television i CBS Productions, ma w swoim dorobku wiele seriali, które odniosły światowy sukces. W ofercie platformy znajdują się między innymi takie tytuły, jak na przykład: „Pamiętniki Wampirów”, „Plotkara”, czy „90210”, jednak najbardziej charakterystyczne jest jej zainteresowanie serialami kryminalnymi, na różne (lecz przystępne) sposoby przedstawiającymi życie zawodowe śledczych. To właśnie CBS odpowiedzialne jest za powstanie „Agentów NCIS”, ‘Zabójczych umysłów”, „CSI: Kryminalnych zagadek…”, „Wzoru”, czy „Elementary”. Są tu więc historie policjantów-naukowców, matematyków i fizyków współpracujących z FBI, psychologów tropiących seryjnych morderców i ekscentryczny detektyw, będący śmiałą, ale niekoniecznie trafioną wariacją na temat Sherlocka Holmesa. Taki zestaw okazał się jednak niewystarczający, bowiem w 2014 roku do wymienionego wyżej zestawu trafiło kolejne przedsięwzięcie – „Skorpion”. Według oficjalnych statystyk, dostępnych nawet na Wikipedii, odcinek pilotażowy obejrzało w Stanach ponad czternaście milionów widzów, więc trudno mówić w tym przypadku o braku zapotrzebowania na takie produkcje. Prawdopodobnie jednak CBS (wraz z kilkoma współpracującymi kompaniami) postanowiło nie powielać starych, choć dobrze sprawdzających się schematów, wprowadzając do fabuły „Skorpiona” kilka istotnych zmian, wyróżniających serial. Niestety to, co miało być jego mocną stroną, stało się sporym mankamentem, wskutek którego trudno odbierać ten projekt poważnie.

Agenci FBI są skuteczni, ale brakuje geniusza

„Skorpion” to produkcja, która ponoć oparta jest na faktach. Postać głównego bohatera inspirowana jest biografią Waltera O’Brinena, irlandzkiego biznesmena, informatyka, programisty i jednej z najmądrzejszych osób na świecie. Twórcy serialu nie pozwalają o tym zapomnieć, poprzedzając każdy odcinek frazą: „Nazywam się Walter O’Brien, moje IQ to 196, Einstein miał 160”. Plotki głoszą, że O’Brien w wieku trzynastu lat dokonał hackerskiego ataku na komputery NASA, więc serialowy Walter nie mógł być gorszy i również włamał się do rządowych baz (był nawet lepszy, bo miał zaledwie dziesięć lat). Wtedy też poznał agenta Gallo, z którym przez długi czas współpracował. Geniusz Waltera O’Briena był dla rządu nieoceniony, jednak pomysły i wynalazki nastolatka nie służyły celom pokojowym, co – po zdemaskowaniu prawdziwych intencji – doprowadziło do urwania kontaktów z NASA. Tak w skrócie przedstawia się historia, o której w serialu tylko słyszymy, bowiem wydarzenia oglądane na ekranie dzieją się, gdy Walter ma prawie trzydzieści lat, pracuje w firmie podłączającej Internet i jest jeszcze bardziej zamknięty w sobie, niż niegdyś. Wolny czas spędza z innymi geniuszami – uzależnionym od hazardu behawiorystą Tobym, posiadającym wszelkie możliwe fobie społeczne matematykiem Sylvestrem oraz nieco agresywną inżynierką Happy. Przeciętny dzień przyjaciół oparty jest na schemacie: rozwiązujemy trudne zadania, gramy w gry, konstruujemy skomplikowane maszyny, ogrywamy w pokera każdego, kto pojawi się w kasynie, programujemy, nic nie jemy i nie śpimy. I wszystko byłoby dobrze, gdyby na tym się skończyło – w końcu widzowie lubią historie o nerdach, co potwierdzają sukcesy takich realizacji, jak „Teoria wielkiego podrywu”, czy „Dolina Krzemowa”. CBS postanowiło jednak skomplikować sprawę, przeobrażając wspomnianych nerdów w agentów rządowych, na których codziennie czyha mnóstwo niebezpieczeństw i którzy codziennie narażają życie, wykonując misje niemal niemożliwe do wykonania. I tak oto w wyniku różnych, niekoniecznie prawdopodobnych, zbiegów okoliczności dochodzi do ponownej współpracy Waltera z Cabem Gallo, tym razem jednak towarzyszy im trójka wybitnych specjalistów w każdej dziedzinie, przeciętny człowiek natomiast o żadnej z tych dziedzin nie ma pojęcia. Drużyna do zadań specjalnych zamienia porzucony garaż w centrum dowodzenia, Gallo dba o to, aby jej członkowie nie narzekali na brak zajęć, a do grupy dołącza Paige – piękna kobieta obdarzona niezwykłą empatią, a jednocześnie samotna matka, wychowująca ponadprzeciętnie inteligentnego syna. Paige pojawia się w gronie naukowców nie przez przypadek – jak mówi sam Walter, „ma być kontaktem między nimi, a normalnym światem”. Taki pośrednik jest konieczny, ponieważ – zgodnie ze słowami O’Briena – geniusz nie posiada emocji, nie umie prowadzić normalnych rozmów i po prostu nie wie, jak żyć. Twierdzenie to może zaskoczyć, ponieważ nie znajduje absolutnie żadnego odzwierciedlenia w serialu, w którym nie brak wątków miłosnych (aż trzy! – to dużo, jak na ludzi bez uczuć), problemów rodzinnych i rozczarowań bliskimi ludźmi. I właśnie to jest głównym problemem „Skorpiona” – wszystko ma być wyjątkowe, ostatecznie jest natomiast zbyt tendencyjne. Warto prześledzić, jak do tego doszło, ponieważ trudno uwierzyć, że można zepsuć tak popularne motywy.

Geniusze są potrzebni, ale brakuje człowieka

Tym, co drażni najbardziej, jest ogrywanie stereotypów w sposób tak oczywisty, że aż bolesny. I tak oto ze „Skorpiona” dowiadujemy się, że każdy geniusz posiada spore deficyty w relacjach międzyludzkich, nie umie wyrażać emocji, bądź w ogóle nic nie czuje. W życiu kieruje się bezlitosną racjonalnością, ma skłonności do zaburzeń i jest odcięty od świata, za to niemal przyssany do wszelkich sprzętów elektronicznych. Jest niedostępny i trudny w obyciu, a jego życie ogranicza się do komunikowania się z kilkoma innymi geniuszami oraz programami i aplikacjami. Żeby nie było tak sztampowo, ekipa reżyserka wprowadziła też drugi wariant – nieodpowiedzialnego hipstera, który nie rozstaje się ze swoim kapeluszem, przesadza z alkoholem i potrafi uzależnić się od wszystkiego. Można usprawiedliwiać takie rozwiązania, tłumacząc je potrzebami potencjalnych odbiorców, próbą uniknięcia skomplikowanych odniesień i chęcią stworzenia przyjemnego serialu, jednak takie argumenty zupełnie się nie sprawdzają, gdy przypomnimy sobie, jakie seriale były lub są nadawane przez inne stacje w tym samym czasie antenowym. A są to na przykład „Kości” – łatwe w odbiorze, a jednak proponujące znacznie bardziej rozbudowane postaci, które – co ciekawe – z nauką mają o wiele więcej wspólnego, niż geniusze ze „Skorpiona”. Doktor Brennan jest wybitnym antropologiem, Hodgins utalentowanym biologiem, a doktor Saroyan jest światowej sławy patologiem. Również oni pomagają służbom bezpieczeństwa, jednak przypadki, którymi się zajmują są zdecydowanie bardziej wielowątkowe, pogłębione i wzbogacone o różne intrygi. Najważniejszy jest jednak fakt, że w przypadku „Kości” bohaterowie nie są jednoznaczni, a „Skorpion” proponuje bohaterów czarno-białych. Co prawda po kilku odcinkach pojawia się próba przełamania tego schematu, trudno jednak uznać ją za udaną. Twórcy serialu starają się nieco rozwinąć wykreowane postaci, dodać im odrobinę ciepła, ale w rezultacie dostajemy prostą – o ile nie prostacką – historię o tym, że każdy nerd coś czuje, choć nie potrafi się do tego przyznać. Okazuje się, że Walter O’Brian i jego znajomi to ludzie wrażliwi, tylko zagubieni, skrzywdzeni, stosujący cały wachlarz mechanizmów obronnych. Takie rozwiązanie miało na celu przekonać widza do bohaterów, ale częściej powoduje irytację lub po prostu wybuch śmiechu. Wszystko jest zbyt oczywiste i bezpośrednie, a przecież nie od dziś wiadomo, że postać wcale nie musi być czarno-biała, aby potrafiła do siebie przekonać, co udowodniła między innymi telewizja FOX, produkując „Doktora House’a”, czy HBO proponujące „Dziewczyny” – rozpieszczone dwudziestoparolatki, często denerwujące, ale bardziej autentyczne, o wiele bliższe widzom, niż wyizolowani, chociaż zawsze piękni i nienagannie ubrani, następcy Einsteina. Nawet Paige, którą Walter O’Brien nazywa „normalną” jest przesadzona, ponieważ w tej normalności sprawia wrażenie wręcz… nienormalnej. I to właśnie jest problem „Skorpiona” – wszystkie wykreowane postaci mają arbitralnie przypisane cechy, które są powiązane z wykształceniem, czy też wyuczonym zawodem. Cechy te są natomiast nazbyt często podkreślane – tak na wszelki wypadek, aby oglądający o nich nie zapomnieli. Nie znaczy to jednak, że bohaterowie są wyraźni, wręcz przeciwnie – są nieludzcy, nierzeczywiści, sztuczni, a przy tym szalenie jałowi. Twórcom zależało na mocnych osobowościach, uzyskali natomiast efekt komiczny, a nawet karykaturalny.

Miały być bomby i granaty, a został sam niewybuch

Niewiarygodne są też przedstawiane w serialu wydarzenia. Nie byłoby to żadnym minusem, gdyby nie fakt, że zgodnie z zamysłem twórców, miały one być właśnie zwyczajne, codzienne. Nie można jednak nie zauważyć, że coś nie poszło zgodnie z planem. Jak bowiem uznać za zwyczajne ściganie się z samolotem, rozbrajanie bomby w trakcie obiadu, przypadkowe włamania do komputerów NASA, oddychanie pod wodą i przybijanie piątek z agentami federalnymi? Nie da się, a jednak Walter, Happy, Toby, Paige i Gallo narażają życie niemal każdego dnia, każdego dnia ratując świat przed niebezpieczeństwem. A sprawy są poważne: cały czas ktoś próbuje naruszyć porządek, niezależnie od tego, czy są to byli żołnierze z powojenną traumą, wybitni naukowcy działający po złej stronie, liczne korporacje rządzące światową gospodarką, czy tajny wywiad krajów post-sowieckich. I znów – to nie byłoby takie złe, gdyby nie było takie przesadzone lub gdyby było utrzymane w innej konwencji. Znamy takie historie na przykład z anteny NBC, gdzie Chuck Bartovsky – nomen-omen pracownik serwisu komputerowego – dość nieoczekiwanie zostaje agentem FBI, realizującym skomplikowane misje, będąc co kilka godzin w innej części globu. Również jemu towarzyszy piękna kobieta, a rozkazy wydaje surowa pani kapitan. Różnica polega jednak na tym, że „Chuck” utrzymany jest w konwencji sitcomu i to go broni. Serial ma być lekki, miły, niezobowiązujący. „Skorpion” natomiast pretenduje do miana produkcji ambitnej, poważnej, angażującej odbiorcę, stosując przy tym rozwiązania nie tyle nietrafione, co po prostu tandetne. Warto również wspomnieć, że każdy odcinek jest realizowany według takiego samego wzoru – miłe popołudnie, które nie zapowiada żadnych kłopotów, nagłe pojawienie się przełożonego, który obwieszcza, że „jesteśmy w sporych tarapatach”, misja, podczas której życie O’Brinena wisi na włosku, dramat, łzy, krew i tryumfalny sukces w ostatniej chwili. Gdy dorzuci się do tego opisane wyżej przypadłości Waltera i jego kompanów, otrzymuje się mieszkankę nie tyle wybuchową, co trudną do strawienia. To mogłoby się sprawdzić, ale nie w roku 2014 i później. Czasy świetności „Nieustraszonego” i „McGyvera” mamy już dawno za sobą. Współczesnego widza nie przekona mówiący samochód, tworzenie wspaniałych wynalazków z niczego i przygody, które są tak niebezpieczne, że nie udźwignąłby ich sam Steven Seagal. Nie wtedy, gdy w założeniu serial miał być nieprzeciętną narracją o ludziach, którzy łamią prawo i o tych, którzy tego prawa bronią.

„Skorpion” to doskonały przykład serialu, który miał trafić do każdego, zachowując znamiona realizacji pogłębionej i nieprzeciętnej. Niestety, chcąc zadowolić wszystkich, producenci stworzyli obraz aż kłujący w oczy. Trudno bowiem stwierdzić, kogo tak naprawdę „Skorpion” ma zachęcić. Jest to pozycja zbyt drętwa i sztywna, by przypaść do gustu miłośnikom sitcomu, zbyt banalna, by zadowolić miłośników kryminalnych zagadek, zbyt błaha, by trafić do serc fanów akcji i sensacji oraz zbyt prosta i nieskomplikowana, by zagościć na dłużej na ekranie „pożeraczy seriali”. Wszystko jest jednocześnie zbyt przekombinowane i zbyt bezpośrednie, przez co nie tyle rozczarowuje, co raczej drażni i denerwuje. CBS nie sprawdziło się w tworzeniu mieszanek idealnych, ponieważ zamiast tego, uzyskało produkt bez smaku, kształtu i jakichkolwiek cech, które by go wyróżniały. Chyba, że za cechę wyróżniającą uznamy przeciętność, bezbarwność i jednocześnie towarzyszące im okropne zadęcie. Wnioski są proste: eksperymenty czasem nie wychodzą, a ktoś potrafi irytować bardziej, niż Horatio Caine. Różnica jest jednak taka, że Caine prowadzi całkiem znośne śledztwa, które są bardziej wyraźne od niego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *