10 zespołów, które rozpadły się za szybko.

dnia

Rozpad ulubionego zespołu może być często równoznaczny z utratą największej miłości. Ale co z zespołami, które przez personalne zatargi ogołociły historię muzyki z potencjalnych genialnych albumów. Tą listę dedykuję zespołom Wielkim, które mogły stać się jeszcze większe.

The Smiths

Nagrali cztery płyty, każda z nich zmieniła obliczę brytyjskiego gitarowego grania. Byli znakomitą odtrutką na konający rock’n’roll. Poważne, ale jednocześnie ironiczne piosenki o samotnych romantykach do dzisiaj znajdują licznych fanów. Niestety Morrissey niezbyt dobrze dogadywał się z kolegami z zespołu, co skutkowało rozpadem. Gdyby zespół był dłużej w obiegu, mogliby być lepsi od The Beatles.

Pixies

Główna inspiracja dla Nirvany, Radiohead i całego zaplecza indie rock. Kwartet znakomicie łączył popowe brzmienie z jazgotliwą ścianą hałasu. Muzycy nagrali cztery albumy w cztery lata. Presja otoczenia, fanów i krytyków spowodowała rozpad zespołu. Dzisiaj muzycy grają w zmienionym składzie i rozmieniają na drobne legendarny dorobek.

Nirvana

Można by gdybać, czy samobójcza śmierć Kurta Cobaina zapieczętowała obecność Nirvany w panteonie legend, ale fakt faktem był to świetny zespół. Trio kontynuowało misję Pixies i odpowiedzialni byli za powstanie Grunge’u a także uczynienie Seatlle  światową stolicą smutku i gitarowego rzępolenia. Ciekawe jakby Nirvana brzmiała dzisiaj. Może odpowiedzią na to pytanie jest dyskografia Foo Fighters?

The Police

Nagrali zdecydowanie więcej materiału niż zespoły wymienione wyżej, ale dla mnie to i tak mało. Tym bardziej że nie ogarniam solowej kariery Stinga i dla mnie to są raczej hity spokojnej jesieni niż wartościowa dyskografia.

Sunny Day Real Estate

Ciekawa jest ewolucja tego zespołu. Jako jedni z niewielu wykonawców sceny grunge’owej umieli się odnaleźć na przełomie wieków, gdzie ciężar gitarowego przeniósł się zdecydowanie w kierunku alternatywnego rocka. Mimo tego sukcesu i dobrej sprzedaży, zespół postanowił się rozpaść. Szkoda, bo to oni pokazali że granie emo rocka nie musi być słabe

Joy Division

W przeciwieństwie do Nirvany nie musimy zastanawiać się jakby brzmiał ten kultowy zespół, gdyby Ian Curtis został z nami. Wystarczy sięgnąć po nagrania New Order. To właśnie Curtis naciskał na zespół, aby pozostawić postpunkowe korzenia, a swoje zimnofalowe inspiracje pokierować w kierunku raczkującego wtedy synthpopu. No i New Order to fajny zespół, ale tego smutku Curtisa nie da się zastąpić.

Slowdive

W tym roku uznany zespół powrócił z nawet dobrą płytą. Ale to wydawnictwo nie zmazuje ich haniebnej nieobecności, która trwała aż dwie dekady. I można w sumie mówić że spryciarze przewidzieli śmierć shoogazeu i po prostu zeszli do podziemia czekając na właściwy moment na powrót. Ale warto zauważyć że ich nagrania z czasem odbiegały w stronę math rocka(Pygmalion). Więc wymówki nie ma.

The Verve

Zdecydowanie jeden z ciekawszych zespołów reprezentujących brytyjską scenę gitarową. Niesłusznie zaszufladkowani w kategorii britpopu zespół bawił się ideą psychodelicznego rocka łącząc je z popowym brzmieniem. Muzycy wydali cztery świetne albumy, każdy inny po czym pozostawili tabun wygłodniałych fanów.

The Stone Roses

Nie słuchałeś The Smiths w latach 80.? W takim razie słuchałeś The Stone Roses. Zespół ten był tak samo wpływowy co ich smutniejsi koledzy. Stone Roses praktykowali jednak ostrzejsze i bogatsze w aranżacjach podejście do raczkującego wtedy indie rocka. Można by powiedzieć, że to oni byli Rolling Stonesami, kiedy The Smiths byli Beatlesami.

Slint

Geniusze paranoi nagrali jeden legendarny krążek po czym zniknęli. Jest coś w tym poetyckiego. Nie mam też absolutnie złudzeń, że gdyby jakimś cudem twórcy Spiderland coś jeszcze nagrali, to nie były to materiał najwyższych lotów. Takie triki wychodzą tylko raz, choć może….

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *