10 współczesnych aktorów, którzy powinni mieć Oscara a nie mają

Kolejne nominacje do Oscarów podane. Ja z tej okazji przypominam o dziesięciu współczesnych aktorach, którzy zasługują na statuetkę, ale nie mają tyle szczęścia co ich (lepsi?) koledzy.

Kolejność alfabetyczna

Steve Buscemi

Zero nominacji do Oscara

Za co mógłby dostać:  „Mystery Train”, “Big Lebowski”, “Fargo”, “Wściekłe Psy”

Nieco zapomniany aktor, który jak większość swoich rówieśników przez ostatnie lata skrywał się w telewizji. Buscemi nigdy nie był w łaskach akademii. Dlaczego? Cóż trudno oddzielić grę aktorską od persony Steve’a. Oglądając jego popisy możemy czasem dojść do wniosku, że po prostu Buscemi gra samego siebie. Ale tak powie tylko niewprawiony widz. Buscemi był czołowym aktorem lat 90. i był prawdziwym asem w rękawie początkującego Quetina Tarantino, jak i etatowym koniem w stajni Braci Coen. Buscemi na wielkim ekranie już raczej nie zagra, nigdy na podobnym poziomie jak dajmy na to w „Wściekłych Psach”. Jak to dobrze, że jednak istnieje telewizja i możemy zobaczyć jak Steve rozstawia gangsterów po kątach w „Zakazanym imperium”, albo jak gra przeszywająco  dramatyczną  postać w „Horace and Pete”. Zawsze coś.

Michael Fassbender

Dwie nominacje do Oscara

Za co mógłby dostać: „Głód”, „Wstyd”, „Frank”

Serce się kraja, kiedy spoglądamy na obecne role Fassbendera. Przecież ten charyzmatyczny aktor na przełomie dekad stworzył fantastyczne kreacje w filmach Steve’a McQueena. Role te otworzyły mu drzwi do mainstreamu, gdzie nieco przygasł. Obecnie Fassbender nie dostaje ról na swoje możliwości. Jego talent się nieco marnuje. Czekamy z niecierpliwością na powrót do formy.

Ralph Fiennes

Dwie nominacje do Oscara

Za co mógłby dostać: „Dzieciątko z Macon”, „Lista Schindlera”, „Grand Budapest Hotel”

Tommy Lee Jones powinien codziennie wysyłać kwiaty Ralphowi Fiennesowi w ramach przeprosin za rok 1994. Fiennes jako Amon Goeth stworzył kreację najbardziej przerażającego nazisty w historii kina. Okrutny, bezwzględny, magnetyzujący i przekonujący. Genialna rola. Ale Fiennes to oczywiście nie tylko Goeth.  Jako jeden z nielicznych aktorów w branży skutecznie łączy występy w kinie artystycznym (Wiecie, że jeden z pierwszych występów zaliczył u Greenawaya?) z rolami w ogromnych Hollywoodzkich franczyzach(„Harry Potter”, Bondy). Wciąż ma szanse na statuetkę. Marzy mi się jakaś przeszywająco dramatyczna kreacja na zwieńczenie kariery Ralpha. Ale jeszcze nie teraz. Niech jeszcze trochę Ralph pobędzie na naszych ekranach, wierzę że akademia w końcu przejrzy na oczy w tym wypadku.

John Goodman

Zero nominacji do Oscara

Za co mógłby dostać: „Big Lebowski”, „Barton Fink”

Tegoroczne zestawienie Oscarowe nie zostawia nam wątpliwości, iż Goodman ponownie został oszukany. „Cloverfield Lane 10” był idealnym filmem na  Oscarowe przełamanie tego niedocenianego od lat aktora. John przez całą swoją karierę znakomicie łączył akcenty komediowe i dramatyczne. Brak nawet nominacji dla niego to skandal.

Harvey Keitel

Jedna nominacja do Oscara

Za co mógłby dostać: „Taksówkarz”, „Spojrzenie Odyseusza”, „Wściekłe psy”, „Pulp Fiction”, „Ostatnie kuszenie Chrystusa”, „Zły porucznik”

Keitel niby nigdy nie stworzył takiej postaci, aby bez wahania stwierdzić , że owa kreacja zasługuje na Oscara. Wiadomo taki „Zły porucznik” jest zbyt ostry jak na radykalizm akademii. Ale z drugiej strony mowa o aktorze symbolu. Jednym z twórców New Hollywood. Aktorze, który z jednej strony był bezwzględnym gangsterem, a  z drugiej romantycznym kochankiem. Sprawdzał się u każdego reżysera. Od Scorsese’go, aż po Angelopoulosa. Kto wie?  Może kiedyś Harvey zostanie nagrodzony Oscarem honorowym?

Viggo Mortensen

Dwie nominacje do Oscara

Za co mógłby dostać:  „Władca Pierścieni: Drużyna pierścienia”, „Władca Pierścieni: Powrót króla”

Niedoceniony naczelny furiat kina. Mortensen zdobył sławę na planie Władcy Pierścieni i mimo deszczu Oscarów dla tej sagi zabrało jak dla mnie tej najważniejszej statuetki dla odtwórcy Aragorna właśnie. Potem kariera Viggo przybrał ciekawy obrót, grając w cenzurowanych przez Akademię filmach aktor tworzył mistrzowskie kreacje. Raczej nie ma co liczyć, iż Mortensen kiedykolwiek wróci do blockbusterów tylko i wyłącznie po Oscara. To jeden z tych co mają ten cały cyrk słusznie w dupie. Chociaż w tym roku wpadła mu nominacja, to szczerze wątpię, aby Viggo wyszedł z gali z statuetką w ręku.

Edward Norton

Trzy nominacje do Oscara

Za co mógłby dostać:  „Więzień  nienwisci”,  „Podziemny krąg”,  „Birdman”,”Lęk pierwotny”

Określany jako aktor z najgorszym agentem w Hollywood ostatnio zdaje się wracać do mistrzowskiej formy z początków kariery. Z Nortonem i Oscarami problem polega na tym, iż zawsze trafia na równego sobie. Przegarną z Simmonsem trudno rozpatrywać jako klęskę.  W 1997 to rzeczywiście został ograny w  cztery dupy, ale podejrzewam, że gdyby Gooding, jr. nie otrzymał statuetki to ta by powędrowała do Williama H. Marcy’ego za rolę w „Fargo”. Cóż wygląda na to, że Edward musi po prostu cierpliwie czekać na swoja kolej.

Gary Oldman

Jedna nominacja do Oscara

Za co mógłby dostać: “Drakula”, „Leon zawodowiec”, „Mroczny rycerz”,  „Szpieg”

Podobnie jak Ralph Fiennes, Oldman to aktor zarówno offowy jak i mocno Hollywoodzki.  I tak samo jak jego kolega po fachu mistrzowsko łączy te dwa style aktorstwa.  Oldman nigdy nie zwalnia, serwując raz na kilka lat świetną rolę.  Dlaczego nie ma Oscara? Cóż to jeden z tych przypadków nie do rozwiązania. Może kiedyś? Tym bardziej, że niedługo ujrzymy Oldmana jako Winstona Churchlla. Tutaj już musi być statuetka

Joaquin Phoenix

Trzy nominacje do Oscara

Za co mógłby dostać: “Gladiator”, “Mistrz”, “Ona”

Tutaj problem jest oczywisty. Phoenix cała swoją osobą krzyczy: „pieprzyć Oscary”. Można się tylko domyślać jak by wyglądała mowa akceptacyjna Joaquina. A aktorem jest wybitnym. Obecnie najlepszym w branży.  Skutecznie uciekł od łatki brata słynnego, przedwcześnie zmarłego Riviera. Dzisiaj już nikt nie rozpatruje go w tej kategorii. Ogromny talent, który nie raz nas jeszcze zaskoczy.

Tim Roth

Jedna nominacja do Oscara

Za co mógłby dostać: “Pulp Fiction”, “Wściekłe psy”, „1900 Człowiek legenda”

Podobny przypadek co Buscemi. Razem zaliczali swoje pierwsze głośne role w „Wściekłych psach”. Oboje z ogromną charyzmą i z dość niespotykaną urodą. Kariera Rotha potoczyła się jednak zgoła inaczej. Tim występował u najlepszych reżyserów naszego pokolenia. Od Burtona, aż po Haneke. Rzadko kto ma w Hollywoodzie tak obfitą CV-kę. Czekamy na jakąś rolę, która wzruszy akademię, ale z drugiej strony Tim pewnie ma to w poważaniu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *