10 najlepszych płyt 2016 roku

Może i nie nadążam za nową muzyką w taki sposób jak sam bym chciał. Nie mniej jednak i tak udało mi się wyskrobać dziesięć wydawnictw, które śmiało mogę Wam polecić.

10. A Tribe Called Quest – We Got it from Here… Thank You 4 Your Service

Jako że nadal mamy modę na powroty naszych muzycznych herosów z lat 90., to nie może dziwić poziom jakościowy nowego albumu Tribeów. Godne pożegnanie z fanami i świetny oldschoolowy album, który łączy stare z nowym. Kto następny? Outkast?

 

9. Danny Brown – Atrocity Exhibition

Najlepszy ekscentryk mainstreamowego rapu, który przyznaje się do inspiracji „Kid A”. Człowiek renesansu, który kradnie ze wszystkiego co popadnie. Życzę tylko na przyszłość spójniejszych płyt.

 

8. Nicolas Jaar – Sirens

Nicolas Jaar musi trochę żyć w cieniu Jamesa Blake’a(który pozdrawia was z jedenastego miejsca tego rankingu), choć cały czas nagrywa lepsze płyty niż jego kolega po fachu. Na „Sirens” po raz pierwszy w dyskografii Nicholasa mamy do czynienia z albumem skończonym, nie tylko autonomicznym zbiorem utworów. Może to nie jest klucz Jarra do mainstreamu, ale czy on tam naprawdę jest potrzebny?

 

7. Run The Jewels – RTJ3  

Mogłoby być wyżej, ale za mało słuchałem. Wiem, że to jeden z najlepszych prezentów bożonarodzeniowych, jakie kiedykolwiek otrzymałem. Killer Mike i El-P znowu zjadają całą rap grę.

 

6. Childish Gambino – Awaken My Love 

O Gloverze obecnie mówi się, pisze się, a ostatnio dostał nawet dwa złote globy (przewidziałem to w swojej recenzji!). W cały tym gąszczu hype’u nieco ginie „Awaken, My Love”, który jest cholernie dobrym albumem. Donald powinien z swojego przydomku usunąć pierwszy człon, ponieważ już nikogo nie nabierze na to że jest dzieckiem.

 

5. Kendirck Lamar – Untitled, Unmastered 

Ponoć to najlepszy i najspójniejszy zbiór b-sideów od czasów „Amnesiaca”. Ja bym to raczej rozpatrywał jako początek stylistycznej Volty Lamara. Nasz ziomek nie jest głupi i wie, że na samym hip hopie daleko nie zajedzie. Więc jazzowo-popowe monstrualne kolosy zamieszczone na „Untitled Unmastered” mogą być początkiem stylistycznej zmiany w dyskografii Kendricka. Pożyjemy, zobaczymy.

 

4. Junior Boys – Big Black Coat 

Na swoim nowym albumie Kanadyjczycy nie robią nic nowego. To w takim razie skąd to wysokie miejsce? Ponieważ nikt w tej dekadzie nie wymyślił jeszcze lepszego miksu reinkarnacji dźwięków z lat 80. I nowoczesnego popu. A przecież mamy modę na revival tej dekady! „Big Black Coat”, to nadal kawał soczystego popu, który może i nieco się dystansuje od słuchacza i wymaga od niego trochę więcej uwagi niż poprzednie wydawnictwa zespołu, ale nadal i tak jest super.

 

3. Kanye West – The Life of Pablo 

Póki Kanye będzie wydawać takie płyty, to wybaczam mu wszelkie kontrowersje. Zresztą, nie bójmy się tego powiedzieć. Wszyscy uczestniczymy w teatrzyku zaaranżowanym przez Pana Westa.

 

2. David Bowie – Blackstar 

Już płyta-symbol, pokazująca że artysta wcale nie schodzi ze sceny gdy umiera(sorry Michael Jackson, Bowie wygrał z tobą przez techniczny nokaut). Ale jeżeli oderwiemy tą płytę od kontekstu (niemożliwe, ale spróbujmy), to otrzymamy najlepszy album Davida od lat. Bezkompromisowy w brzmieniu, z łatwością i wdziękiem kradnący wszystko co najlepsze w nowej muzyce. Jednocześnie posiadający wysoki pierwiastek artystycznej niezależności Davida, który na sam koniec zaśmiał się śmierci w twarz. Takiego właśnie chce go pamiętać.

 

1. Radiohead – A Moon Shaped Pool 

Szok? Zaskoczenie? Nie. Nawet w roku który zabiera nam jednocześnie Davida Bowiego, Pince’a  i Leonarda Cohena (tak wiem, wielki nieobecny tego zestawienia) Radiohead trzyma formę. Nawet na poziomie dziewiątego albumu potrafią wciąż zaskakiwać, szukać własnego brzmienia, nie spoczywać na laurach. W końcu jest to też po części ich „Abbey Road”. Pierwsza faza schodzenia ze sceny. Niedługo trzeba sobie będzie poszukać nowych bożków.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *