10 esencjonalnych albumów progresywnego rocka

Jeden z najważniejszych nurtów w historii współczesnej muzyki niekoniecznie dobrze się kojarzy dzisiejszemu melomanowi. Przywodzi na myśl nieznośnie długie, pretensjonalne kawałki narcystycznych wirtuozów, zarezerwowane dla snobów. Czy rock progresywny rzeczywiście zasługuje na taką renomę?

Nie da rady wyrobić sobie opinii, jeśli nie ugryziemy tematu z pierwszej ręki. Ja w każdym razie kocham ten gatunek, oferuje mi doznania niepodobne do żadnego innego i chciałbym, żeby więcej osób go dziś doceniało. Dlatego pomijam standardowy wstęp, komunały o psychodelicznych korzeniach, wpływach muzyki poważnej i jazzu, eklektycznej instrumentacji, symfonicznych strukturach, niestandardowych metrach i całą resztę muzykologicznego teoretyzowania, lepiej pracować na konkretach. Zapraszam na podróż po najważniejszych kapelach i albumach ze szczytowego okresu w rozwoju gatunku. Lista idzie chronologicznie, gradację uważam za zbędną albo zbyt trudną. To wszystko absolutne petardy i lektury obowiązkowe dla każdego, chcącego rozpocząć przygodę ze sceną progresywną.

King Crimson – In the Court of the Crimson King (1969)

Okładka: Juno Records

Tak, było wcześniej i Procol Harum, i The Moody Blues, z garażu wychodzili Pink Floydzi, Jethro Tull i Deep Purple, ale to debiutancki album Karmazynowego Króla skrystalizował najszlachetniejszy trend w historii rocka. Krążek ma prawie 50 lat, a nie zestarzał się w ogóle. Perfekcyjnie wyważony tonalnie i doskonały artystycznie. Przepotężne, ostre, gitarowe 21st Century Schizoid Man łagodzi następująca po nim folkowa ballada.  Potem nadchodzi melotronowy orgazm w postaci Epitafium z penetrującym duszę na wskroś wokalem Grega Lake’a. Jeden z najsilniej emocjonalnych krzyków wobec przemocy we współczesnej muzyce. Po najtrudniejszej w odbiorze muzycznej improwizacji, słuchającego czeka nagroda w postaci monumentalnej kompozycji tytułowej. Wieńczy ona dzieło łącząc wszystkie najintensywniejsze muzycznie instrumenty z utworów poprzednich, wzbogacając je niesamowitym chórem. Audialna odyseja jak żadna inna.

Pink Floyd – Atom Heart Mother (1970)

Okładka: Discogs

Wśród purystów zawsze będzie kwestią dyskusyjną to, ile z twórczości Pink Floyd można zaklasyfikować jako muzykę progresywną. Choć zdecydowanie pozostawali w obrębie rocka wysoko-artystycznego, to im dalej w twórczości, tym więcej mają kawałków o tradycyjnych popowych strukturach, inaczej radio-friendly. Nie jestem żadnym ekspertem, ale myślę, że co do takiego Meddle czy wybranej przeze mnie płyty nie ma żadnych wątpliwości. Tytułowa suita, epicki orkiestrowy ansambl z potężną blachą, basami i organami to prawdziwe progresywne arcydzieło. Nawet po takim obezwładniającym otwarciu, dalsza część albumu robi wrażenie. Na wzór poprzednika (hermetyczne Ummagumma), każdy członek kapeli może się wykazać w autorskiej kompozycji. Z wyjątkiem perkusisty z niewiadomych przyczyn. Jedyną słabostką krążka jest łatwy do pominięcia finał, awangardowy nonsens ilustrujący proces robienia sobie śniadania przez kogoś z ekipy technicznej.

Jethro Tull – Thick as a Brick (1972)

Okładka: Discogs

Prawdopodobnie najambitniejszy żart muzyczny w historii. W odpowiedzi na liczne głosy krytyków doszukujących się w Aqualungu albumu koncepcyjnego o roli religii w społeczeństwie, frontman Ian Anderson postanowił zakpić sobie z artystowskich dążeń kolegów po fachu progresywnej sceny muzycznej i stworzyć prześmiewczy „ostateczny concept album”. Krążek to jeden, nagrany na dwóch stronach winyla, ponad 43-minutowy (sic!) utwór progresywny, a okładka naśladująca pierwszą stronę gazety głosi nam, że ów kawałek jest adaptacją nieistniejącego poematu epickiego napisanego przez dziecięcego geniusza. A co jest najśmieszniejsze w tym wszystkim? Thick as a Brick to naprawdę dobry utwór. Do tego lekki, różnorodny, pełen powracających i niezależnie rozwijanych przystępnych melodii bawiących się formami folkowymi, jazzującymi i syntezatorowymi. Stronę liryczną, treściową oczywiście trzeba traktować z pewnym dystansem, ale muzycznie to piękna rzecz.

Yes – Close to the Edge (1972)

Okładka: Discogs

Od czego tu zacząć? Od kładącej na łopatki skali głosu Jona Andersona? Od klawiszowej wirtuozerii Ricka Wakeman’a? Co ten Squire wyprawia na basie? A Bruford na perkusji? Te natchnione inspiracje Strawińskim i Hessem, te niesamowite repryzy motywów! O tym nie ma sensu pisać, to trzeba po prostu usłyszeć. Jeśli macie w życiu przesłuchać jednego utworu progresywnego, wybierzcie tytułową ścieżkę. Nie pożałujecie. Perła.

Genesis – Foxtrot (1972)

Okładka: okladki.net

Wbrew opinii Christiana Bale’a w American Psycho, najbardziej wartym uwagi okresem w twórczości Genesis jest wszystko, co nagrali przed odejściem Petera Gabriela. Potem jest tylko Phil Collins show i popowa bezduszność. Wczesne Genesis to naprawdę nie jest trudna muzyka dla umiarkowanie cierpliwego słuchacza i choć wielkim fanem nie jestem i raczej nie zostanę, to nigdy nie odmówię geniuszu Foxtrot. Stronę A płyty wypełniają świetne, nastrojowe utwory z szerokim spektrum tonów. Ścieżki eteryczne, nostalgiczne, egzaltowane czy fantastyczne z wyrafinowanymi źródłami inspiracji. Żaden z nich jednak nie przygotuje nas na to, co czeka na samym końcu. Trwająca 23 minuty epicka suita Supper’s Ready to prawdziwie mistyczna podróż i jedno z najważniejszych dokonań w gatunku, przy tym dzięki dominującej roli wokalu, nie jest tak przyciężkawa, jak wiele utworów podobnego metrażu.

Gentle Giant – Octopus (1972)

Okładka: Discogs

Pora na mały hołd dla tych skromniejszych gigantów prog-rocka. Chciałbym bardziej doceniać Gentle Giant – za ich bezpretensjonalność, za to że nie bawią się w gargantuiczne symfonie, tylko potrafią przekraczać gatunkowe ramy w treściwych, kilkuminutowych kawałkach. Nawet gdy nagrali album koncepcyjny – Three Friends, była to bardziej nowela niż epos. Octopus to doskonałe osiem kreatywnych, zaskakujących ścieżek, w których non-stop dzieje się coś nowego. Inspiracji szukają w różnorodnych źródłach, od renesansowej polifonii do XX-wiecznego egzystencjalizmu.

King Crimson – Larks’ Tongues in Aspic (1973)

Okładka: AllMusic

Historia Crimsonów od zawsze była burzliwa. Po pierwszej zmianie line-upu mocno eksperymentowali z jazzowo-średniowiecznym Lizard (mój ukochany album, choć nie dla każdego) i awangardowym Islands, przez co ponieśli porażki finansowe. Z oryginalnej kapeli został tylko Robert Fripp i konieczna była świeża krew. Dzięki dołączeniu niezwykle kreatywnych muzyków, szczególnie Bruforda z Yes i śpiewającego basisty Johna Wettona zaczął się moim zdaniem najlepszy okres w twórczości zespołu. Języki skowronków w galarecie rozpoczynają tryptyk kontynuowany potem przez równie genialne Starless and Bible Black i kultowe Red. To dziwny, eklektyczny album, w którym jest i jazz, i łagodna ballada, i mocniejszy rock, i rosyjski modernizm, i improwizująca awangarda. Stylistycznym łącznikiem jest to, że bardzo często pierwsze skrzypce grają… skrzypce, rzecz niespotykana w muzyce rockowej. Trudno mi wyjaśnić dlaczego tak lubię ten album i mam świadomość, że może niektórych odstraszyć od zespołu, dlatego jako alternatywy polecam Red albo Discipline.

Emerson, Lake & Palmer – Brain Salad Surgery (1973)

Okładka: Discogs

Mógłbym spokojnie połowę tej listy wypełnić płytami ELP. Dla mnie to trio jest kwintesencją wszystkiego, co najlepsze w prog-rocku, mimo że czasami przesadzali z syntezatorami jak na mój gust. Debiut jak i Trilogy to fenomenalne albumy, tytułowy utwór z Tarkusa to z jedno z arcydzieł gatunku, a ich rockowych aranżacji Obrazków z wystawy Musorgskiego słuchałem niezliczoną ilość razy. To jednak Brain Salad Surgery stało się najbardziej reprezentatywne dla ich stylu. Najpierw przepiękne otwarcie, hołdujące poezji Williama Blake’a, potem nowa aranżacja utworu klasycznego, lekki rockowy kawałek, ragtajmowa przerwa i kiedy już myślisz, że niczym nie zaskoczą, dostajesz półgodzinne dystopijne Karn Evil 9, nie dające chwili wytchnienia. Potężny, wirtuozerski opus.

Pink Floyd – Wish You Were Here (1975)

Okładka: Amazon.com

Po niesamowitym komercyjnym sukcesie The Dark Side of the Moon, Pink Floydzi mogli robić, co im się żywnie podobało. Tak powstał na poły hołd dla upadłego współzałożyciela zespołu, zniszczonego przez uzależnienia i chorobę Syda Barretta (utwór tytułowy i klamra Shine On You Crazy Diamond), na poły paszkwil na przemysł muzyczny (Welcome to the Machine Have a Cigar). Mimo, że tematy bardzo sprecyzowane i osobiste dla członków zespołu, kolejne utwory zawierają tak gigantyczną gamę emocji, że trafiają do każdego z choćby elementarną wrażliwością. Ta uniwersalność muzycznego przekazu czyni WYWH moim zdaniem najmocniejszą pozycją w dyskografii Floydów. Powiedzieć, że to album wzruszający, to jak nic o nim nie powiedzieć.

Rush – 2112 (1976)

Okładka: Discogs

Sami Brytole do tej pory na liście, więc na koniec warto oddać sprawiedliwość chłopakom z Nowego Kontynentu. Triu z Kanady najbardziej dziękować mogą artyści heavy-metalu, ich wpływ na twórczość Iron Maiden, Anthrax czy Metallici jest nieoceniony. Nikt jednak nie zaprzeczy, że tytułowy utwór z futurystycznego concept albumu 2112 to jedna z najbardziej progresywnych rzeczy kiedykolwiek nagranych. Umiejscowiony na dystopijnej planecie, gdzie rock jest zakazany, utwór może funkcjonować jako łabędzi śpiew dla klasycznego okresu w prog-rocku. Złożony i różnorodny stylistycznie do tego stopnia, że przy każdym przesłuchaniu odkrywa się coś nowego. Kolejne ścieżki na krążku oczywiście nie są w stanie przeskoczyć tak wysoko postawionej poprzeczki, ale to wciąż bardzo mocne kawałki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *